Zapraszamy do czytania


Pojęcie „dziennikarstwo firmowe” z jednej strony staje się coraz bardziej powszechne, a z drugiej – cały czas budzi kontrowersje.



W przygotowywanym właśnie przez nas (trzecim już!) wydaniu PismoteQi – magazynie o komunikacji firmowej, ukaże się materiał, w którym rozwałkowujemy temat dziennikarstwa firmowego. Praca nad treścią i szukanie odpowiedzi na najważniejsze pytania w temacie, zawsze rodzi dyskusję. Gdy rozmawiamy z wieloma „specami” od mediów, część z nich stanowczo odrzuca tak zdefiniowane pojęcie. No bo jak można mówić o dziennikarstwie, jeśli jest ono sponsorowane przez firmę? A co z obiektywizmem? Przecież nie napiszecie o firmie, która wam źle płaci – to tylko jeden z często wysuwanych argumentów. I nawet można by się z nim zgodzić, zadając jednak inne pytania. Czy dziennikarz w normalnej gazecie napisze źle o swoim wydawcy? Czy będzie go krytykował? Oczywiście, że zdarzają się takie przypadki, nawet niedawno mieliśmy klasyczny tego przykład – gdy dziennikarze odchodzili z redakcji „Rzepy” i „Uwarzam że”. I w mediach tradycyjnych, i w mediach firmowych wszystko sprowadza się do wspólnego mianownika – nie ma opcji na kalanie własnego gniazda.
 
fot.dreamstime.com

Każde dziennikarstwo jest od czegoś zależne, mniej lub bardziej – ale jest. Dlatego dziennikarstwo firmowe jako pojęcie ma rację bytu. Tym bardziej, że już w nazwie jasno określa, do czego ma służyć. Jego rolą nie jest naprawianie świata i tłumaczenie wszystkich zjawisk, ale opisanie świata i wartości wybranej firmy i jej klientów. Poziom tekstów i materiałów w firmowych mediach jest obecnie na takim samym, a w niektórych przypadkach nawet na wyższym, poziomie, niż w wielu magazynach czy portalach dostępnych dla każdego. Firmy widzą korzyści w inwestowaniu w treści, dlatego do dziennikarstwa firmowego przekonuje się i dołącza coraz więcej osób. Również tych, dotychczas zanurzonych w tradycyjnych mediach. Mediach, które od pewnego czasu zanurzyły się w kryzysie.

Firmowa redakcja traci grunt pod nogami, bo w gazecie są dziury, brakuje tekstów? Grunt osuwa się jeszcze bardziej, gdy już po publikacji okazuje się, że na szpalty wkradły się błędy? Spokojne głowy wszystkich, którzy wezmą do ręki lutowe wydanie newslettera „Custom News”.


W nowym wydaniu newslettera MediateQi postanowiliśmy wziąć na warsztat redakcyjne kryzysy. W tradycyjnym poradniku rozkładamy na części pierwsze awarie, które mogą przytrafić się przed publikacją firmowych wydawnictw oraz pożary, które wybuchają już po ich oficjalnym wydaniu. Zamawianie kilku tekstów z wyprzedzeniem, uwzględnianie „poślizgu” w oddawaniu materiałów, rozbudowywanie magazynów o infografiki, przynajmniej dwu-, trzykrotne naczytanie złożonej gazety, porównywanie składu z bazowymi tekstami – to tylko niektóre z rozwiązań, które naszym zdaniem pomagają wyjść obronną ręką z redakcyjnych kryzysów, albo co więcej – pozwalają ich unikać.



Kryzys w firmowym magazynie? Sposoby opanowania awaryjnych sytuacji znajdziesz w 15. wydaniu newslettera „Custom News” 



Rozpracowując wewnętrzną komunikację wyszliśmy w lutym poza tradycyjne magazyny czy newslettery. Odsłaniamy przed naszymi czytelnikami dodatkowe narzędzia i przestrzenie docierania do pracowników z firmowymi treściami. Wyjaśniamy, dlaczego tablice informacyjne, radiowęzeł i ulotki tematyczne to wciąż sprawdzone – choć w obliczu nowych mediów lekko „archaiczne” – kanały komunikacji.

Z racji tego, że w najbliższy piątek będziemy obchodzić Dzień Języka Ojczystego, w lutowym „Custom News” nie zapomnieliśmy też o językowym wątku. Przygotowaliśmy nasz subiektywny ranking najczęściej popełnianych błędów – ku przestrodze firmowych redaktorów. Chcemy, aby przy naszym wsparciu z łamów na trwałe zniknęły ciężkie orzechy, cofanie do tyłu i osamotnione „super”.

Na deser jak zwykle porcja branżowych ciekawostek z ostatnich tygodni. Tym razem w rubryce z newsami wspominamy urodziny Facebooka, sprawdzamy, ilu Polaków korzysta ze smartfona i jakie są średnie zarobki w mediach, PR i reklamie oraz zwracamy uwagę na etykietę w mailingu.


W grudniowym wydaniu „CN” zapowiadaliśmy, że w nowym roku newsletter będzie jeszcze ciekawszy. Dlatego zachęcamy do lektury lutowego numeru i upewnienia się, że pisaliśmy prawdę :) Enjoy! 



AG



Choć rażą nas zapożyczenia językowe, coraz częściej wplatamy do codziennych wypowiedzi obce słowa. Dlaczego? To chyba znak czasów. A przecież język polski jest ą-ę. Musimy w to uwierzyć.


Materiał „Co mówią: w agencji reklamowej” obejrzało na YT już prawie 1,5 miliona internautów. Na facebookowych tablicach linki do tego wideo pojawiały się na początku stycznia jak grzyby po deszczu – lajkom i udostępnieniom nie było końca. Wirtualna publiczność chętnie przyglądała się tworzeniu kreatywnej kampanii reklamowej, prowadzonej przez direct digital think thank copywriterów, którzy chcą wypromować swagową markę, mają drive’a na ten case, chodzą na appointmenty, czasem przytrafiają im się sick leave’y, czytają short briefy i wykorzystują w kampanii placement. Humorystyczna scenka z udziałem Saatchi&Saatchi nie była jednak tylko pastiszem pracy w agencji reklamowej. Wiele osób zaangażowanych zawodowo w rynek reklamowy dostrzegło w krzywym zwierciadle You Tube’a swoją codzienność.



Źródło: You Tube


Ale odbiór popularnego wideo z agencją reklamową w roli głównej jest dużo szerszy. Zwraca uwagę na zadomowione na dobre w języku polskim zapożyczenia. Przecież po anglicyzmy nie sięgają tylko think thank copywriterzy. Język angielski wyrósł na osobny byt kulturowy, z którego korzystanie stało się modą, w niektórych kręgach zyskując status obowiązkowości. Wystarczy przyjrzeć  się nastolatkom, którzy noszą na głowach beanie (rodzaj czapki), na koszulkach manifestują, że żyją według zasady YOLO (You Only Live Once), wrzucają zdjęcia trawionego właśnie lunchu (bo nie obiadu) na Insta (przyrostek „–gram” jest passe), ciągle tweetują, lajkują albo hejtują (bo jeśli nie ma cię w social media – nie żyjesz). Dla nich język angielski nie jest osobnym językiem, jest naturalną częścią języka polskiego.

W 2005 roku CBOS przeprowadził badanie, które miało wyjaśnić, jaki jest stosunek Polaków do języka ojczystego. Co się okazało? Że ponad 1100 dorosłych respondentów, którzy wzięli udział w sondażu, wskazało na masowe zapożyczenia z obcych języków jako na jedno z najbardziej rażących zjawisk w rodzimej mowie (zaraz po używaniu wulgaryzmów). Co piąty ankietowany zwrócił uwagę, że każdy z nas jest odpowiedzialny za wyznaczanie poprawności językowej, a prawie 40% stwierdziło, że sposób mówienia określa poziom człowieka – jego kulturę i inteligencję.

Na straży wysokiej kultury i inteligencji Polaków stoi prawo. Nie wszyscy wiedzą, że istnieje ustawa o ochronie czystości języka. Ale jak informowała kiedyś „Rzeczpospolita”: „Ciało powołane do obrony czystości języka nie ma żadnych uprawnień i jego jedynym osiągnięciem jest przyjmowanie coraz większej liczby skarg na zaśmiecających naszą mowę”. Dziennik pisał, że w Polsce deweloperzy nie budują już domów i bloków tylko „residence” i „apartaments”, biurowce to „city towers”, a stadiony – „areny”, w witrynach „shopów” wiszą zapowiedzi letnich i zimowych „sales”. Stanowiska pracy oblegane są przez account menagerów, team leaderów i creative directorów. „Jako użytkowników języka nas to razi, ale czym innym jest nasze poczucie stanowczości językowej, a czym innym poczucie prawa” – przekonywała w „Rzeczpospolitej” dr Katarzyna Kłosińska, sekretarz Rady Języka Polskiego PAN. Dr Kłosińska podkreślała, że RJP może co najwyżej opiniować i doradzać, a to za mało, by chronić język polski przez naleciałościami z zagranicy.

A co możemy zrobić my? Przy okazji zbliżającego się Dnia Języka Ojczystego (21 lutego) możemy uwierzyć, że język polski jest ą-ę, jak przekonywała w zeszłorocznej kampanii RJP. I tworząc firmowe wydawnictwa starać się poprawnie z niego korzystać. Jeśli zależy nam na skutecznej komunikacji powinniśmy zacząć od treści i dbać, by były jak najbardziej zrozumiałe. Pamiętając, że pracownik linii produkcyjnej, który też jest odbiorcą firmowej gazety czy newslettera, nie musi wiedzieć, czym jest zapowiadany w magazynie „event”.



AG





Co łączy, a co dzieli działy komunikacji w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej? Badanie przeprowadzone przez MSL Group pozwoliło sprawdzić, jak w przypadku firm technologicznych wygląda sytuacja w obszarze współpracy z agencjami PR i uniwersytetami oraz w zakresie social media.


„Największą wartością raportu jest szczerość i otwartość PR Managerów biorących udział w ankiecie” – czytamy w raporcie MSL Group do badania pn. „Trendy w komunikacji firm technologicznych. Polska vs Europa Środkowo-Wschodnia”. To pierwsza tego typu analiza w tej części kontynentu. MSL w ostatnim kwartale 2013 roku przepytało kilkudziesięciu PR Managerów m.in. z Bułgarii, Słowenii i Ukrainy. Co się okazało?

  • Europa Środkowo-Wschodnia przeszła przez kryzys finansowy lepiej niż Polska – żadna z firm biorących udział w badaniu nie zadeklarowała ograniczenia budżetu w 2014 roku, prawie 25% mówiło nawet o zwiększeniu wydatków; w Polsce entuzjastów większych nakładów na komunikację było zaledwie 8%.

  • Polskie działy komunikacji częściej bazują na lokalnym contencie (40%), w konfrontowanej części kontynentu odsetek ten wyniósł 25%.

  • W Polsce social media leżą w gestii co drugiego działu komunikacji, w Europie Środkowo-Wschodniej tylko co dziesiąta firma sama obsługuje media społecznościowe (zwykle robi to dział marketingu, agencja PR albo dział HR).

  • Dla europejskiej branży PR uniwersytety to ważny kierunek działań, polscy managerowie prawie w ogóle nie wskazywali na uczelnie jako na potencjalnych influencerów.



Badanie trendów komunikacyjnych firm technologicznych przeprowadziła firma MSL Group



Dobrym komentarzem do każdego z przytoczonych wniosków, mogą być wypowiedzi udzielone przez ankietowanych przez MSL specjalistów ds. komunikacji oraz wnioski autorów badania:

Ad. 1. „Na ambitne projekty w priorytetowych tematach można uzyskać dodatkowy budżet”.

Ad. 2. „To treści lokalne mają lepszy oddźwięk w mediach. Niestety, jest ich wciąż za mało”.

Ad. 3. „W naszej firmie to wszystko jeszcze raczkuje”.

Ad. 4. Uczelnie to dla firm technologicznych źródło przyszłych pracowników i przyszłych       klientów.


Szczególnie ważne wydają się dwa ostatnie wnioski płynące z raportu MSL. Firmy, nie tylko technologiczne, powinny uświadomić sobie, że SM to dzisiaj jedno z podstawowych narzędzi komunikowania marki i komunikowania się z jej odbiorcami. Jak piszą autorzy raportu, social media to generator emocjonalnych, inteligentnych dyskusji, duża wartość. Druga duża wartość kryje się w akademickich murach, gdzie w ramach działań komunikacyjnych można m.in. organizować szkolenia dla wykładowców, oferować konkursy i programy aktywizujące dla studentów oraz szkolenia dla wykładowców.





AG



Z rozbawieniem czytam w sieci komentarze, które pojawiają się przy okazji różnych konkursów. Moją uwagę przyciągają zwłaszcza te mniej mądre odpowiedzi, które  kwitowane są hasłem: „wygrałeś internet”. No właśnie – internet, jest już tak silnie obecny w naszym życiu, że chyba nie zawsze wiemy, czym jest i co zmienił.


Do napisania dzisiejszej notki zainspirował mnie tekst z ostatniego wydania „Nowych Mediów” pt. „Czego Internet w nas nie zmienił”. Jego autor, Thierry Crozuet, filozof internetu, znany chociażby z publikacji „Odłączyłem się”, zastanawia się nad konsekwencjami obecności internetu w naszym życiu. A właściwe – nad brakiem tych konsekwencji.

Crozuet pisze o sprawach dla nas wszystkich ważnych, które mimo rewolucji, jaka dokonała się dzięki sieci, wcale nie uległy wielkim przeobrażeniom. Pierwsza ważna cecha, jaką wskazuje autor tekstu, to miasta i ich rozwój. Codziennie używamy standardowej sieci transportu, która jest ciągle rozbudowywana, byśmy mogli znaleźć się w naszych biurach. A przecież sieć, jak zauważa Crozuet, cały czas mami nas wizją pracy na odległość. Filozof zwraca też uwagę, że sieć wcale nie zakończyła tendencji centralizacji, a nawet ją wzmocniła. Bardzo ciekawy jest przykład z rynku wydawniczego, przytoczony przez Crouzeta. Jak słusznie zauważa autor „Odłączyłem się”, jeszcze nigdy żadna publikacja elektronicznej książki nie zyskała uznanej nagrody literackiej. Podobnych przykładów jest więcej, dlatego zainteresowanych odsyłam do lektury całego tekstu.




Źródło: Dreamstime.com


Warto przy okazji wspomnianego tekstu spojrzeć na internet krytycznym okiem i zadać sobie pytanie: co zmienił w nas, i dla nas?  Czy wizja posiadania pod ręką wujka Google’a, który zna odpowiedzi na wszystkie pytania, jest dla nas aż tak ważna? Przyznaję, że jakiś czas temu, podczas wizyty u lekarza, widziałem, jak medyk coś „googlował”. I zastanawiałem się, czy szuka właśnie w sieci leku na moje dolegliwości. A jeżeli tak, to co by było, gdyby nie miał komputera. Nie wyleczyłby mnie?

Odpowiadając nco zmieniła w nas sieć, mówię: niestety, wprowadziła nijakość, a nawet bylejakość w posiadanej wa pytanie, iedzy, paradoksalnie – mimo większych możliwości dostępu do tej wiedzy. Sam nie wiem, czy nauczanie „Kompetencji Cyfrowych” nie zastępuje zbyt wyraźnie standardowego uczenia. I może tym razem takie chłodniejsze spojrzenie na internet pozwoli nam dostrzec, że mimo wielu zmian, jakie wprowadził, życie i tak toczy się rytmem torowanym przez lata. Bo przecież mimo wszędzie dostępnej informacji, cały czas ogromna liczba Polaków siada o 19:30 przed telewizorem...

Miłych przemyśleń pod hasłem: co wygraliśmy w tym internecie?





MJ



Oprócz zajmowania się komunikacją, co na pewno wypacza moje spojrzenie na wiele spraw, jestem także konsumentem oraz słucham i obserwuję zachowania innych konsumentów. Jak mawiają, „imieniny u cioci” to nie do końca wiarygodna próba badawcza, ale zawsze buduje jakieś odniesienie. I przyznaję, że największy grzech jaki mogę zarzucić firmom, to fakt, że nie chcą ze mną rozmawiać.

Nie chodzi mi o jakiś rozbudowany dialog, ale o prostą komunikację. Nie lubię, gdy o zmianach, nowościach dotyczących usług z jakich korzystam, nowych możliwości jakie dają, dowiaduję się z trzecich źródeł – gdy napiszą o tym gazety, gdy opowie mi o tym znajomy. Buduje się wtedy we mnie wewnętrzny żal. Że firma miała czas, często także i duże środki, by zaprzęgnąć do kampanii informacyjnej media, a nie znalazła chwili, by powiedzieć o tym mnie – swojemu klientowi. Mój żal jest tym większy, że wyraziłem zgodę, by na mój mail spływały newsy od firmy, której klientem jestem. A rośnie jeszcze bardziej, gdy uświadamiam sobie, że byłem przecież ostatnio na facebookowym profilu klienta i tam też żadne info na mnie nie czekało... O stronie korporacyjnej nie wspominając.

Doceniam firmy, które chcą ze mną rozmawiać. Wiem, że chcą mi sprzedać towar lub usługę, ale przy okazji zostawiają dobre wrażenie. Gdy coś się zmienia to wiem, że znajdę firmowe strony, na których otrzymam odpowiednie informacje. W obliczu problemu z usługą czy produktem nie jestem pozostawiony sam sobie, mogę przesłać wyjaśniającą notatkę i wiem, że ktoś na nią odpowie. Czuje się doceniony, że dowiaduję się o nowych rozwiązaniach jako pierwszy.
 

Podane przykłady są właśnie takim zapisem „rozmów u cioci”. Nie podaję tutaj żadnych nazw, nie opisuję konkretnych przypadków, sytuacji, które – głównie z powodu braku komunikowania się z klientami – kończyły się kryzysem. Nie chcę też promować tych, którzy dobrze komunikują. Ale myślę, że Czytelnik tego wpisu może bez problemu sklasyfikować firmy, z usług których korzysta, do jednej albo drugiej grupy. Co ważne, z usług których  niebawem pewnie zrezygnuje, a jeżeli to niemożliwe, to na pewno nie zostanie na imieninach u cioci „adwokatem” tej firmy.

 
Świat konsumenta jest prosty, nie rozkłada jak zawodowcy targetów, wykresów w Excelu. Opiera się na przeświadczeniu – prostym, wynikającym z poczucia, że wybrana marka chce lub nie, bym nadal z jej usług korzystał. Dla mnie takim nieśmiertelnym przykładem imieninowym jest pogląd,  że „firma dba o mnie tylko przed podpisaniem umowy”. I drugi slogan: „Dobre oferty są tylko dla nowych, dla stałych klientów nic nie ma”. Oba imieninowe hasła nie wynikają tylko z innego konstruowania ofert. Są wynikiem przeświadczeń, które możemy zmieniać, pokazują, że chcemy z klientem rozmawiać na co dzień. No właśnie – chcemy? Czy znów w grę wchodzą tylko targety, ekwiwalenty, cytowanie, kliki, lajki?

MJ

 

 

 

MediateQa wkracza w 2014 rok z nową energią i nowym wydaniem newslettera „Custom News”. Jakimi treściami zaspokajamy ciekowość naszych Czytelników? Sprawdźcie sami!


W Nowym Roku startujemy z tradycyjnym poradnikiem, którego tematyka wpisuje się w styczniowe dylematy wielu firm. Jak skutecznie i jednocześnie tanio poszerzyć narzędzia komunikacji w organizacji? Najważniejsze jest uświadomienie sobie, że sukces polega na maksymalnym wykorzystywaniu możliwości, dlatego ograniczony budżet nie powinien być przeszkodą w rozwijaniu firmowej komunikacji. Dobrze zorganizowany fan page i angażujący blog korporacyjny to dwa tanie i skuteczne rozwiązania w nawiązywaniu relacji z odbiorcami marki i aktywnym opowiadaniu jej historii. W „CN” podpowiadamy, jak prawidłowo korzystać z obu tych kanałów komunikacji.




W ramach prezentu przygotowaliśmy też dla wszystkich media menedżerów specjalny kalendarz. Nasz zbiór świąt to oderwanie od tradycyjnych Barbórki, Andrzejków, Wielkanocy czy Dnia Niepodległości. O nich, rzecz jasna, nie zapominamy, ale poszerzamy repertuar świąt o dni związane z  branżą komunikacyjną. Dzień Domeny Publicznej, Światowy Dzień Środków Masowego Przekazu, Dzień bez komputera – wiedzieliście o nich, świętowaliście w te dni? Proponujemy, by 2014 rok był początkiem nowego spojrzenia na kalendarz i wykorzystywania wielu okazji do firmowych imprez.

A skoro o zabawie mowa, zastanawiamy się w styczniowym „CN” czemu jeszcze – oprócz zabawy – służą konkursy organizowane na łamach wewnętrznych pism. Okazuje się, że jest kilka zalet włączania czytelników do gry. Mini-badanie, wabik, interakcja, sprawdzian wiedzy – co mamy na myśli? Koniecznie zajrzyjcie na 7. stronę naszego newslettera.

Tradycyjnie podajemy też porcję branżowych newsów. W styczniu proponujemy podsumowanie polskiej blogosfery z prognozą na przyszłość, receptę na atrakcyjną i czytelną infografikę oraz lekcję opanowywania kryzysów w SM.


Zachęcamy do lektury – niech nasz content ładuje Was energią na kolejne miesiące. Zapewniamy, że będzie jeszcze ciekawiej!




AG