Zapraszamy do czytania

Wracam dziś do ostatniego wpisu. W minionym tygodniu pojawiło się kilka ciekawych informacji, które jaśniej pokazują nam, jak to obecnie jest z tym papierem...
Przede wszystkim polecam analizę statystyk przygotowanych przez wortal Wirtualne Media na temat tego, jaki udział mają obecnie wydania cyfrowe w ogólnej liczbie sprzedawanych gazet (statystyki dziennikówstatystyki tygodników).
Warto zauważyć, że wydawcy jeszcze nie opracowali nawet rozwiązań, jak te cyfrowe wydania zliczać i wliczać do sprzedaży ogółem. Na chwilę obecną zaliczane są do niej tylko e-wydania, a wydania oznaczone jako mutacje cyfrowe, czyli te przygotowane specjalnie na tablety – już nie. Wniosek? Cały rynek w tej dziedzinie jest póki co w powijakach. Liczby jakie uzyskują cyfrowe wydania są na razie bardzo skromne w porównaniu do wydań tradycyjnych. Przywołajmy przykład polskiego „Newsweeka”. W cyfrowej postaci ( e-wydanie + wydanie na tablety) sprzedaje on tylko 4089 egzemplarze. Ta liczba, przy całkowitej sprzedaży ponad 130 000 wydań, nie robi wrażenia. Są także pisma, które na razie za darmo udostępniają swoje tabletowe wydania, jak np. „Super Express” czy „Dziennik Gazeta Prawna”.
Oczywiście dane dotyczące sprzedaży cyfrowych egzemplarzy rosną, a w większości przypadków wydania papierowe mocno tracą. Pojawia się jednak pytanie, które warto głośno zadać: czy wydawcy wytrzymają czas jaki potrzeba, by wydania cyfrowe zaczęły przynosić przychody, które tracą w papierze? Sprzedaż tabletów rośnie. Ostatni tydzień przyniósł nam prezentacje kolejnych urządzeń. Są coraz tańsze i coraz bardziej dostępne. Dlatego przed branżą custom publishingu otwiera się ogromna szansa, by zająć swoje miejsce na cyfrowym rynku – ze swoimi treściami, innymi niż te z dobrych tradycyjnych wydawnictw. Ale o tym szerzej już w kolejnym wpisie.
Wczorajsze doniesienia o zakończeniu wydawania w tym roku amerykańskiego „Newsweeka” w papierze, wywołały spory szum w naszym mediach. Informacja ta znalazła się nie tylko na czołówkach specjalistycznych wortali, ale także w serwisach ogólnoinformacyjnych. Z części tekstów docierał do nas przekaz, że „coś się kończy”. A to przecież nieprawda. Nic na razie się nie kończy.
Na pewno na odbiór tej informacji wpływ ma wartość brandu z jakim mamy do czynienia. U nas też była ona – i wciąż jest – bardzo duża. Pamiętają Państwo jak ponad 10 lat „Newsweek” w polskim wydaniu wkraczał na nasz rynek? Z jakim impetem zaczął zapełniać półki w salonach prasowych? I od pierwszego numeru zajął taką samą pozycję, jak tygodniki opinii obecne na rynku od lat. Również ten fakt, jak sądzę, wpłynął na żywy odbiór informacji o likwidacji papierowego wydania „Newsweeka” w USA. Jednak nim całkowicie pogrzebiemy w swoich umysłach prasę, pamiętajmy, że dzieje się to za oceanem, a nie u nas nad Wisłą. Inny rynek, inni odbiorcy. A przede wszystkim – zupełnie inne nasycenie urządzeń, na których elektroniczne wydanie tygodnika będzie można czytać.
Obserwujmy to, co będzie się działo w Stanach, ale też nie dajmy się ponieść emocjom. Warto zwrócić uwagę, że polskie wydanie „Newsweeka” od kilku miesięcy rośnie. Więc jeszcze nie czas u nas na pożegnanie papieru. Mamy na rynku dużego gracza (Grzegorz Hajdarowicz i jego Grupa Gremi), który od kilku lat mówi o śmierci papieru. Ale jego dotychczasowe ruchy w warstwie wydań na tablety kończyły się katastrofą. Aplikacja „Przekroju” miała być rewolucją, a stała się jednym z czynników całkowitego upadku tego pisma.
Na nic dziś zda się wróżenie z fusów, czy prasa drukowana umrze w 2015 czy 2017 roku. Na pewno się zmieni, ale na pewno też nie umrze w całości. Lepiej dziś zastanowić się, jak sprzedawać swój kontent na różne platformy, jak uporządkować zamykanie (wreszcie) treści w sieci. A przede wszystkim warto pamiętać, że czytelnik, jeśli znajdzie w magazynie coś godnego uwagi, wartościowego – kupi go, niezależnie w jakiej formie będzie wydawany. Szukanie oszczędności w treściach i etatach redaktorskich – to główny czynnik zabijania prasy. W jakiekolwiek postaci by się ona nie ukazywała.
Dla poprawienia nastroju i zrównoważenia informacji o „Newsweeku”, polecam ten news. Również z rynku amerykańskiego.
Wykorzystano foto z serwisu money.cnn.com
Piękna i atrakcyjna... … szata graficzna naszego pisma. Gdy powstaje – jest piękna, czujemy motyle w brzuchu. Z czasem widzimy wokół inne magazyny, które właśnie zadebiutowały. I zaczynamy porównywać je do naszego wydawnictwa. Dostrzegamy, że coś jest nie tak. Narasta w nas chęć zmian. Tę chęć zmian wzmaga dodatkowo przekaz, który towarzyszy debiutującym pismom. Czytamy o zmianach w różnych magazynach, każdy nowy layout jego autorzy określają kilkoma słowami-kluczami: dynamicznie, przejrzyście, nowocześnie. W ostatnim czasie często pojawia się także słowo-wytrych: internetowo. I gdy w głowie grają nam już te wszystkie rady, zaczynamy kombinować, czy aby nie zostaliśmy z naszym firmowym magazynem w tyle. I też chcemy zmian. Dlatego dziś trochę o powstrzymywaniu tej chęci do zmian. Oczywiście nie ma konkretnej daty, precyzyjnie określonego czasu, kiedy powinniśmy wypielęgnować w sobie pomysł na zmianę. Najważniejsze, by nie ulegać chwilowym impulsom, szczególnie tym zewnętrznym w stylu: „Bo wszyscy tak robią”. To, co dobre dla nich, nie musi być korzystnym rozwiązaniem dla nas. Niech nasza chęć na zmiany nie wynika tylko z koncepcji: „Bo będzie ładniej”. A czy przy okazji będzie też praktycznie? Czy zachowamy to, co najważniejsze w naszym magazynie? Czy zostanie już tylko „ładniej”? Nie ścigajmy się z Internetem ani go nie kopiujmy, szczególnie te redakcje, które cały czas wydają tylko w papierze, mają jakąś słabość do działania wzorem sieci. Warto przywiesić sobie nad biurkiem kartkę z napisem: „Robimy w papierze”. Od ponad 350 lat w Polsce ukazują się gazety. Ludzie czytali je, gdy nie istniał wirtualny świat. I będą nadal czytać, także spokojnie z tymi mariażami. No i najważniejsze – czas. Dajmy szansę czytelnikom. Nie wywracajmy co chwilę naszych makiet do góry nogami. W prasie firmowej, niestety, często dzieje się to co roku, a to z uwagi na tak ogłaszane konkursy pism z tego segmentu. Gdy mamy do czynienia z kwartalnikiem, to tylko cztery wydania, wiec zanim wszystko zacznie nam dobrze działać, nim czytelnik zdąży się do czegokolwiek przyzwyczaić, my już mu „ciach!” i po nowemu. Proszę, nie róbmy tak. A może jeszcze ważniejsze – zmiana layoutu musi wynikać ze zmiany całej koncepcji pisma, musimy całość przemyśleć na nowo. Gdy mamy nowe pomysły redakcyjne, inne zapotrzebowanie odbiorców – to śmiało. Ale w uzgodnieniu z redakcją, a nawet w konsultacji z autorami. Posadzenie grafika przed komputerem nie daje nam szansy na nową gazetę. To tylko stary produkt w niepasującym przeważnie opakowaniu. A teraz spójrzcie na swoje i gazety i znów poczujcie motyle w brzuchu...
Trzy miesiące temu pisałem na blogu, jakie warunki muszą być spełnione, by tablety - a wraz z nimi elektroniczne gazety - się upowszechniły. Postawiłem tezę, że stanie się tak, gdy wydawcy prasy tradycyjnej w nie zainwestują. I zastosują model biznesowy znany z sieci komórkowych - klient kupuje subskrypcję na określony czas, a w zamian otrzymuje urządzenie (więcej szczegółów tutaj). Przyznam, że z dużym zainteresowaniem spojrzałem na piątkową „Wyborczą”, gdzie na pierwszej stronie pojawiła się zajawka: „Tablet + internet + Gazeta”. Pierwsza myśl, jaka pojawiła się w głowie, to że idea, o której przypomniałem wyżej właśnie zaczyna się materializować. Jednak w środku ta oferta nie wyglądała już jak całościowe rozwiązanie. „Gazeta” proponuje kupno tabletu z dostępem do sieci przez rok, ale tylko z miesięcznym dostępem do swoich treści. I to nawet nie w formie elektronicznych wydań dziennika, ale jako abonament do systemu Piano. Nie jest to oferta, która zmieni rynek. Ale wydaje mi się, że wydawcy prasowi są coraz bliżej odważnego wejścia w tablety, których ilość ciągle rośnie. Naszym zdaniem jest ich dziś w Polsce więcej niż pół miliona (portal Telepolis szacuje, że 600 tysięcy). Ze względu na rozwój custom publishingu również na elektronicznych narzędziach, będziemy obserwować ten temat na bieżąco na naszym blogu.
Kilkanaście lat temu trafiłem na szkolenie harcerskich służb informacyjnych. Były to osoby z różnych chorągwi z całego kraju. Celem szkolenia było ich lepsze przygotowanie do działań komunikacyjnych na ich terenie. W tym zdobycie podstaw wiedzy do wydania własnego biuletynu. Miałem mówić o layoucie i jego składowych. Z za planowego dwugodzinnego spotkania z grupą fajnych ludzi wyszło nam kilkanaście godzin. Kończyliśmy gdy świtało. Ale efektem był ich pierwszy wspólny layout gazetki konferencyjnej. Sami zaprojektowali.. Mieli ochotę siedzieć w nocy. I podczas tej jednej nocy poznali podstawy layoutu ale także podstawowe funkcje wtedy jednego z podstawowych programów do składu czyli Page Makera. Fajna grupa zapaleńców którym przypasował mocno temat. Ta historia pojawia się tu nie przypadkowo. Chciałem napisać kilak zdań o szkoleniach dla redakcyjnych zespołów pism firmowych. Bo te jeżeli są organizowane to przeważnie jak obserwuje są obarczone dwoma grzechami pierworodnymi

Grzech pierwszy – przerost czyli za dużo wiedzy naraz. Zbyt fachowej i zupełnie niepotrzebnej osobom piszącym do firmowych biuletynów. Nie trzeba opowiadać o teoria wszystkich gatunków dziennikarskich. A tym bardziej zaczynać od retoryki Schopenhauera.

Grzech drugi – zły dobór uczestników i dopasowanie programów dla nich. Nie warto mówić stałemu zespołowi jeżeli taki jest od podstawach. I odwrotnie autorom piszącym od czasu do czasu nie zawracajmy głowy na przykład szczegółami dotyczącymi planowania pisma i jego układu.


Dlatego zawsze gdy planuje szkolenie autorów piszących do firmowego pisma kładę nacisk na
zrozumienie procesu – postarajmy się pokazać czego oczekuje od nas odbiorca naszych tekstów, czyli jakie informacje są ważne, od poprawienia tekstu jest agencja i ona za to bierze pieniądze
Pokażmy ze są fachowcami w swoich dziedzinach, maja wiedzę i inni pracownicy chętnie z tym się zapoznają. A formy przelania tego na papier są naprawdę różnorodne
Słuchajmy potrzeb i nie bądźmy przyspawani do ramowego planu szkolenia. Jeżeli zespołów zależy na tym by zwiększyć ilość autorów to popracujmy nad tym. Ich uwaga i tak jest skoncentrowana na tym zagadnieniu.
Zabierajmy na szkolenie jak najwięcej osób z rożnych działów. Nie tylko zespól który przygotowuje pismo. Ale także potencjalnych autorów. Przedstawmy idee pisma i plusy jakie daje opublikowanie w nim materiałów.
Zróbmy to w formie zabawy. Niech drą gazety i lepią z nich własne okładki.. Pokażmy mechanizmy i zaciekawmy.. Bo robienie gazet to przecież fantastyczna przygoda.
Redakcyjne ankiety prasowe nie są stosowane już tak często, jak jeszcze kilka lat temu w badaniach czytelników prasy ogólnodostępnej. Jednak zdarza mi się je spotykać w pismach firmowych, szczególnie pismach wewnętrznych adresowanych do pracowników. To bardzo dobrze, że chcemy znać opinie naszych czytelników o redagowanym z myślą o nich piśmie. Pokazuje to też, że chcemy je zmieniać, by jeszcze lepiej docierać z prasą firmową do jej odbiorców. Ankiety redakcyjne niosą jednak ze sobą sporo zagrożeń, a ich wyniki mogą być bardzo odmienne od faktycznego zapotrzebowania tych, którzy je przeprowadzają. Tym, co najbardziej skłania redakcje do prowadzenia badań prasowych są na pewno ich niskie koszty. Nie trzeba wysyłać do przepytywania pracowników specjalnie przygotowanych ankieterów, a jedynie opracować i wydrukować w piśmie ankietę, czekając na odpowiedzi. Przed przeprowadzeniem takiego badania warto zajrzeć jednak do starego, bo mającego już blisko 50 lat, tekstu Jacka Adolfa „Niebezpieczeństwa ankiet redakcyjnych” („Zeszyty Prasoznawcze” nr 1-2, 1963). Mimo upływu lat postawione tezy są wciąż aktualne. Autor zwraca uwagę przede wszystkim na: nieeprezentatywność – nie mamy wpływu na wielkość badanej próby, ani na sposób jej doboru; „błąd nagrody” – wszystkie ankiety, jakie widziałem w pismach wewnętrznych zachęcały do wypełnienia właśnie nagrodą; a ta, jak zwraca uwagę Jacek Adolf, dla jednych będzie bardziej mobilizująca (i taka próba będzie nadreprezentowana), dla innych mniej (i będzie to próba niedoreprezentowana); „błąd jednego tematu” – pytając czytelnika o jedno konkretne zagadnienie, lub pokrewną grupę zagadnień, trafia się do grona osób takim zagadnieniem, czy zagadnieniami zainteresowanych; redakcje natomiast uogólniają udzielone w ankiecie odpowiedzi i przypisują je wszystkim czytelnikom w chwili, gdy cześć z nich w ogóle nie wypełniła ankiety; nieumiejętne zadawanie pytań – stosowanie w ankietach pytań sugerujących, a także pytań zbyt ogólnych; na podstawie materiału otrzymanego ze źle zadanych pytań, nasze wnioski będą nietrafione i zbyt ogólne, by mogły przyczynić się rozwoju pisma.
Często, gdy rozmawiam z przedstawicielami różnych firm o custom publishingu, mimo podawania wielu racjonalnych argumentów o tym, dlaczego warto inwestować w własne wydawnictwa, cały czas na twarzach rozmówców widzę niezrozumienie tematu. Co wtedy robię? Zapominam o formułkach stosowanych w branży i opowiadam pewną historię. Przeprowadzane od kilku lat badania pokazują, że prasę czyta 90 procent Polaków, niezależnie od grupy wiekowej. A więc czytamy i lubimy to robić. Jak podają wszelkie mądre publikacje, którym przytakują specjaliści od reklamy, prasa ma tę przewagę nad innymi mediami, że pozwala na kontrastowanie. A to jak wiadomo wzmacnia reklamowy przekaz. Dzięki temu możemy nasz produkt czy usługę umieszczać wokół dobrze dobranych treści. Więc dlaczego nie skorzystać z tego narzędzia w pełni? Reklamy pozwalają nam na budowanie kontekstu wokół krótkiego wycinka, wokół niewielkiej części tego, co mamy do zaoferowania. Własne pismo to nasza pełna opowieść o wszystkim, co ważne dla naszej firmy i jej produktów. Nasza opowieść to z kolei szansa dla klientów na głębsze zapoznanie się z naszą firmą. Dzięki temu budujemy jej i swoją tożsamość, a nasi odbiorcy lepiej rozumieją naszą biznesową filozofię i całą wartość dodaną, jaka powstaje wokół naszych produktów. Możemy pokazywać, jakie społecznie ważne cele nasza firma realizuje - również dzięki klientowi. Bo dobrze robione pismo firmowe angażuje czytelnika. I to fakt, który najbardziej odróżnia custom od reklamy. Oczywiście to strategia długofalowa, ale przynosząca realne rezultaty i dużo tańsza od reklamy. Bo skorzystanie z możliwości custom publishingu daje szansę dotarcia z przekazem dokładnie tam, gdzie chcemy. Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Dziś odbiorcy przyzwyczaili się już do tego, że znajdują prasę w miejscach nie kojarzonych bezpośrednio z jej dystrybucją. A więc spotykamy ją czekając w kolejce u lekarza, w kawiarni, w urzędach. Czytelnicy tej prasy to nasi klienci. Warto by i w przychodni, kawiarni czy miejskim ratuszu brali do rąk pismo robione właśnie z myślą o nich.