Zapraszamy do czytania

„Raport Blogerzy w Polsce 2013 powinien przeczytać każdy, kto rozważa włączenie blogerów do planowanych działań marketingowych (…) Niewłaściwy dobór blogera do planowanych treści może odnieść skutki odwrotne do zamierzonych” – przekonuje w raporcie na temat polskiej blogosfery Andrzej Garapich, Prezes Zarządu Polskich Badań Internetu. A aktywni blogerzy znad Wisły wyliczają wady przeprowadzonego badania.


Autorzy raportu – dr Anna Miotk (Newspoint) i dr Tomasz Baran (UW, GG Network SA) – podkreślają we wstępie do raportu pn. „Blogerzy w Polsce 2013”, że dzięki dynamicznemu rozwojowi nowych technologii, zwłaszcza Internetu, każdy z nas może stać się dzisiaj publicystą i dzielić się z całym światem swoimi przemyśleniami, opiniami, komentarzami. Tak zmieniająca się rzeczywistość zmusza do zastanowienia się nad rolą, jaką w nowych realiach odgrywają blogerzy. „Niegdyś poczytni pionierzy nowego stylu i liderzy opinii. Ciągle o nich słyszymy. Ale czy naprawdę wiemy kim są? Czy ich znamy? Czy nadal znajdują czytelników? Jak są postrzegani?” – to tylko nieliczne z pytań, które skłoniły dr Miotk i dr. Barana do przygotowania raportu na temat polskiej blogosfery.

Badanie polskiej blogosfery przeprowadzono w lutym tego roku na ogólnopolskim panelu Ariadna. Próba badawcza, dobrana ze względu na wiek, płeć, wykształcenie, miejsce zamieszkania i korzystanie z wiodących serwisów internetowych, objęła użytkowników sieci od 15 roku życia wzwyż. W sumie przebadano prawie 1000 osób. Ankietowani odpowiadali m.in., czy znają określenie bloger, którzy blogerzy są im znani choćby ze słyszenia, jak często czytają blogi internetowe, czy blogi są dla nich ważnym źródłem informacji oraz czy lektura blogów kiedykolwiek wpłynęła na ich decyzję o kupieniu lub niekupieniu jakiegoś produktu czy usługi. Okazało się, że zdecydowana większość internautów wie, kim są blogerzy. Połowa ankietowanych czyta blogi przynajmniej raz w miesiącu, a dla co czwartego użytkownika sieci blogi są ważnym źródłem informacji. Poza tym 30-40% internautów, sugerując się wpisami na blogach, zmieniła swoją decyzję zakupową. Badanie przeprowadzone przez dr Annę Miotk i dr. Tomasza Barana pozwoliło autorom na wysnucie wniosku, że blogosfera ma swoich lojalnych zwolenników, którzy stanowią dużą i wpływową społeczność, o którą należy się troszczyć oraz że świat blogów to opiniotwórcze medium z aktywną i zaangażowaną publicznością, które powinno znaleźć się w polu zainteresowań marketerów.
 
 

Najwięcej emocji wywołały jednak wyniki związane z pytaniem o najbardziej znanych blogerów. Okazało się, że ankietowani wymieniali najczęściej nazwiska celebrytów, którzy mają ugruntowaną pozycję w realnym świecie. Na szczycie zestawienia znalazła się Martyna Wojciechowska, a za nią Anna Mucha, Maja Sablewska i Kasia Tusk. Podobnie było w przypadku badania poczytności polskich blogów – internauci znów wskazywali najczęściej na blogi celebrytów, znowu to popularność w realu przełożyła się wirtualne notowania.

Tak zestawione wyniki wywołały lawinę komentarzy w środowisku blogerskim, głos w sprawie zabrali znani i czytani blogerzy, którzy w lutowym badaniu wypadli dość blado na tle blogerów-celebrytów. Mimo tego, że ich blogi stanowią mocniejsze ogniwa w polskiej blogosferze. Słynna Kataryna napisała na Twitterze, że badanie Miotk i Barana to „ściema”. Wtórowała jej Natalia Hatalska (Hatalska.com), która zwróciła uwagę, że uwzględnieni w raporcie celebryci blogerami są dopiero w drugiej kolejności. Wątpliwości co do jakości badania polskiej blogosfery zgłosił też Kominek, przez wielu uważany za blogową ikonę w kraju. „Jeśli w raporcie blogiem regularnie czytanym jest aktualizowana raz na rok strona Martyny Wojciechowskiej albo blogi osób, które piszą raz na kilka miesięcy i nie mają na swoim koncie więcej niż trzech-czterech tekstów, to nie potrzebujemy kolejnych dowodów, by przypisać te badania do kategorii fantastyka – tłumaczył Kominek.

Tomasz Baran, współautor badania, odpowiadając na krytykę i dyskusję wokół rankingu najpopularniejszych polskich blogerów, stwierdził, że prawdziwy bloger to ten, którego rozpoznawalność znajduje odzwierciedlenie w czytelnictwie. „Ale to też może wydawać się kontrowersyjne, bo wtedy na przykład Kominka musielibyśmy uznać za celebrytę, a nie za blogera, ponieważ tylko 26% spośród deklarujących jego znajomość jednocześnie twierdzi, że czyta go regularnie. Bardzo podobnie wypada Martyna Wojciechowska: 34% znających ją twierdzi, że również regularnie odwiedza jej bloga. A skoro jest tu miejsce dla Kominka, to dlaczego ma go zabraknąć dla Wojciechowskiej? – pyta dr Baran.

Pewne są dwie rzeczy. Po pierwsze, że autorzy raportu Blogerzy w Polsce 2013, pisząc we wstępie o „pewnych bardziej i mniej pożądanych pozycjach w rankingu, które mogą budzić emocje i prowokować do komentarzy”, nie rzucili słów na wiatr i wprawili w ruch machinę dyskusji nad polską blogosferą. Zmusili aktywnych użytkowników sieci do zredefiniowania pojęcia bloger i określenia ich roli w wirtualnej przestrzeni. I wskazania przy okazji na nieścisłości w sposobie badania blogo-środowiska, co może przydać się przy okazji kolejnych analiz. Po drugie, warto zwrócić uwagę na argument Natalii Hatalskiej, która przekonywała (w kontekście dużej popularności bloga Martyny Wojciechowskiej), że często siła marki i potęga konkretnego nazwiska może zaciemniać wyniki znajomości danej osoby w określonym kontekście. Jak słusznie zauważyła blogerka, dochodzi do „fałszowania wyników wielkością marki”.

 

AG



Źródło:
 






Właśnie ukazał się kolejny numer naszego newslettera poświęconego branży Custom Publishing. Zachęcamy wszystkich do lektury i sprawdzenia, czy piątym wydaniem zasłużyliśmy sobie na 5-tkę.


 
Jesteśmy świadkami rewolucji social mediów. Jak powinien zachować się content marketing, by wyjść z tego starcia zwycięsko? – zastanawialiśmy się jakiś czas temu na naszym firmowym blogu. W „Custom News” postanowiliśmy zgłębić temat. Pytamy Piotra Stohnija – autora jednej z największych inicjatyw polskiego Facebooka („Dzień bez Smoleńska), aktywnego blogera, twórcę strategii obecności w mediach społecznościowych – jak firmy powinny korzystać z siły social mediów, by odnieść komunikacyjny sukces.

 
W kwietniu penetrujemy branżę na dwa sposoby. Po pierwsze – na poziomie pism wewnętrznych. W tradycyjnym poradniku piszemy, jak podejść do kwestii badań naszych firmowych wydawnictw. Traktujemy nasz biuletyn jak pacjenta i krok po kroku przeprowadzamy go przez badanie RTG. Tak, by nie bolało. Po drugie – patrzymy na branżę jako całość. I co widzimy? Kocioł, w którym wrze od nazw określających to, czym się zajmujemy. Namnożyliśmy sobie definicji, a nasi klienci wypatrują oczy, gdy przedstawiamy im się jako ludzie z branży CP albo CM. Jak sobie poradzić z tym galimatiasem? Staramy się posprzątać bałagan z nazewnictwem.

Tradycyjnie też przytaczamy kilka wydarzeń minionego miesiąca, ważnych dla branży. Piszemy m.in. o połączeniu sił Dominika Kaznowskiego z SPF, reporcie PEW na temat trendów w amerykańskich mediach oraz o urodzinach Twittera.
 
Brzmi ciekawie? Przekonajcie się sami, czytając nowe wydanie „Custom News”. Przyjemnej lektury!

OG

Co z tą prasą drukowaną – przetrwa, umrze, jaką powinna przybrać formę? Giełda pomysłów na rynku medialnym od dawna kipi od spekulacji. Miesięcznik „Press” prezentuje w kwietniowym numerze przykłady dwóch rozwiązań wydawniczych i sprawdza, czy bardziej pomagają, czy szkodzą tradycyjnym gazetom.


Na pierwszy ogień – niemieckie dzienniki lokalne. Króluje w nich zasada „online first” – najpierw sieć, później druk. Dziennikarze „Ruhr Nachrichten” idąc na konferencję prasową zabierają ze sobą nie tylko notatnik reportera, ale też aparat fotograficzny i kamerę video. Mają przede wszystkim przygotować materiał do Internetu, dopiero później piszą tekst do wydania papierowego. Artykuły, które trafiają do sieci są przeważnie krótsze, dlatego ich uzupełnienie stanowią teksty drukowane – z większą ilością szczegółów, bardziej analityczne, zawierające więcej opinii i komentarzy. Ale mechanizm działa też w drugą stronę – jeśli jakiś materiał nie zmieścił się na kolumnie „w papierze”, czytelnicy mogą szukać jego kontynuacji na stronie WWW, często w postaci infografiki, tabel czy fragmentów korespondencji. Podobnie jest z innymi niemieckimi dziennikami lokalnymi, np. „Badische Zeitung” w przededniu wydania papierowego wpuszcza do sieci ok. 40 materiałów, w tym tematów ekskluzywnych. Gazeta rozumie, że czytelnicy oczekują od niej aktualności. A zasada „online first” nie zaczyna się i nie kończy w Niemczech wyłącznie na poziomie gazet lokalnych. Stosuje ją także popularny „Die Welt”.

Po drugie – prasa kolorowa i magazyny amerykańskiego Hearst’a (wydawcy m.in. „Cosmopolitan”), który jako pierwszy zdecydował się na nową propozycję Apple’a „Read them here first”. Dzięki specjalnej aplikacji czytelnikom będzie udostępniane najpierw wydanie na tablety, które dopiero później w drukowanej postaci trafi do kiosków. Wcześniej na ten ruch zdecydowały się „Time” i „Bloomberg Businessweek”. Do tego Hearst od dłuższego czasu przyzwyczaja swoich odbiorców do płacenia za treści w sieci. Z powodzeniem, bo dzisiaj koncern ma ok. 900 tys. prenumeratorów elektronicznych wydań na tablety.

I choć drugi z zaprezentowanych przez „Press” przykładów mógłby sugerować inaczej, zarówno rozwiązania niemieckich dzienników lokalnych, jak i praktyka amerykańskich wydawców wcale nie muszą zagrażać tradycyjnej prasie. Zasada „online” first” może stanowić praktyczną symbiozę Internetu z drukiem – krótkie informacje w sieci wzbogacane będą treścią „w papierze” , albo obszerniejsze artykuły „w papierze” z dodatkowymi aplami pojawią się na stronie WWW. Z kolei tablety wcale nie muszą być skierowane ostrzem w pisma drukowane, przynajmniej w przypadku kolorowych magazynów. Tematy w nich prezentowane nie ulegają tak szybkiej dezaktualizacji, jak w przypadku dzienników. Dlatego czytelnikom może wystarczać cierpliwości, żeby kupić gazetę w kiosku, zamiast płacić wcześniej za jej mobilną wersję.



AG

Od kilkunastu dni sieć wrze. Zdenerwowani klienci łączących się platform cyfra plus i n nie zostawiają suchej nitki na ofercie, jak i sposobie jej komunikowania.


Oczywiście nie będę się zajmował samą ofertą, która jest pokręcona i dla klientów w większości droższa niż wcześniej. Być może zasadnie ale tego klientom nie wytłumaczono. Spektakl, który obserwujemy od kilku dni, staje się niesamowitym casem. Będzie on na pewno pokazywany na wszelakich szkoleniach, a studenci wszelkich kierunków komunikacyjnych będą go mieli prezentowanego w cyklu „jak nie robić”. Również branża komunikacyjna nie szczędzi krytyki działaniom platformy. Lecą już głowy w nc+, wykonywane są nerwowe ruchy. Można powiedzieć za sloganem reklamowym, iż mamy do czynienia z kryzysem do potęgi n.
Ja, obserwując tę sytuację, momentami przecieram oczy i mam wrażenie, że nie dzieje się to naprawdę. To niemożliwe przy takich markach oraz agencjach je wspierających. Słowa prezesa o klientach, którzy nie rozumieją oferty, wydają mi się nierealne. Ale jednak padły... Nie chcę kopać leżącego. Ani dokładnie rozkładać tego na czynniki pierwsze. Wtopa jest na wszystkich polach komunikacyjnych i jest to kolejny przykład, jak na butę i arogancję marki odpowiada dziś social life. Równie mocno i precyzyjnie mówi nie i zachęca do tego samego innych zagubionych klientów.
Jeden wątek tej sprawy jednak zajmuje mnie mocno. Dlaczego, do powiedzenia klientom co ich czeka, nie wykorzystano kanałów, które są. Do tego niewiele kosztują i pozwalają precyzyjnie informować. Takie puszczanie nicniemówiącego spota w tv jest znakiem, że ma się potencjał i wspaniałą strategię :). Platformy mają przecież newslettery. Znają maile, numery telefonów abonentów, o adresach tradycyjnych nie wspominając. To pozwalało na stworzenie własnej linii kontaktu. Tego pierwszego najważniejszego. I gdyby to zadziałało, zdezorientowani klienci nie szukali by odpowiedzi na nurtujące ich pytania w sieci. Albo daremnie dzwoniąc na infolinie.
Czy w dzień połączenia i pokazania nowych cen nie należało wysłać krótkiego esa:
Powstała platforma nc+. To ważne wydarzenie. Informujemy, iż wszystkie wcześniejsze umowy są ważne, a o sposobie migracji będziemy informować indywidualnie w najbliższym czasie.
Dlaczego nie wyjaśniono i uspokojono klientów w newsletterach, które w tych dniach przychodziły do abonentów. Słano propozycje z programu. A nie wyjaśniono co się dzieje. Wklejono w to promosa o połączeniu i tyle. Ale tak jak dla części zorientowanych osób nowa oferta i ceny były szokujące, to pewnie część klientów w ogóle nie wiedziała o tym. A gdy dowiadywała się, to już od rozgoryczonych internautów. Jednak kilka dni po starcie platformy, wywróciły do góry nogami listy programów wszystkim abonentom. Bez słowa uprzedzenia. I mniej zorientowane osoby dostawały szoku widząc rano, iż zamiast TVP1 mają na jedynce TVN. I pomieszane swoje ulubione programy. Informacja o tym została wysłana mailami do klientów kilka dni później. Tak mógłbym to mnożyć. Ale nie o to chodzi. Platformy cyfrowe słynęły kiedyś z robienia dobrych mediów własnych dla klientów. A one tutaj mogły bardzo pomóc. Trzeba było tylko z tego skorzystać.
A teraz mleko się rozlało. I na razie nie widać żadnego pomysłu jak z tego wyjść. A świadomi klienci wypowiedzenia już ślą. Ich śladem idą inni. Właściwie słanie wypowiedzeń zaczyna być w sieci trendy.

PS. Wszystkim czytelnikom bloga składamy życzenia wesołych, spokojnych i bezkryzysowych świąt

mj

Do połowy kwietnia na naszym blogu będziemy publikować jeszcze inne historie, które przytrafiły się przy pracy nad firmowymi magazynami. W myśl zasady: „uczymy się na błędach”, pokażemy, jak można rozwiązywać sytuacje kryzysowe.


Firmowy magazyn, tak jak każde pismo, narażony jest na różne sytuacje kryzysowe. Jeżeli pracujemy z agencją, która wspiera nas w realizacji biuletynu, powinniśmy czuć się bezpiecznie. Ale to nie znaczy, że w tej współpracy nie ma miejsca na kryzysy. Najważniejsze, żeby podejść do nich na chłodno i wyciągnąć wnioski na przyszłość.


To miało być standardowe wydanie, które miało ukazać się przed Bożym Narodzeniem. Magazyn miał trafić w ręce pracowników trzy dni przed Wigilią. Praca nad gazetą toczyła się ospale. Na dodatek klient opóźniał akceptację biuletynu. A jak wiadomo, brak czasu powoduje błędy. Magazyn został wydrukowany w dzień deadline’u, który wyznaczył klient. Pismo zostało przejrzane pod względem jakości druku i nadane za pośrednictwem kuriera do kilku oddziałów firmy rozsianych po całym kraju. Po kilku godzinach od nadania przesyłki jedna z osób z agencyjnej załogi zorientowała się, że w gazecie brakuje jednej kartki…


Wszystkie ręce na pokład
Wiemy, że w magazynie nie ma jednej kartki. To dla świątecznego wydania bardzo ważna kolumna w gazecie, bo przedstawia pracowników firmy. Co tu robić? – zastanawiamy się. Kontaktujemy się z klientem i opiekuna projektu informujemy o problemie. Jednocześnie uruchamiamy plan B. Szacujemy, że gazeta nie trafiła jeszcze do klienta i ciągle jest załadowana na samochody kurierów. Blokujemy możliwość dostarczenia pisma do klienta i staramy się, by paczki z magazynem wróciły do sortowni w poszczególnych regionach. Bijemy na alarm w drukarni, by zawiesiła całą pracę i położyła ręce na pokład. Ustalamy, że spróbujemy jak najszybciej odebrać z regionalnych sortowni magazyny i dostarczyć je do drukarnia. Dzielimy zespół na ekipy i ruszamy w Polskę. Ekipa, której przypadł w udziale najdalszy kurs, miała do przejechania ok. 400 km w jedną stronę. Na zegarach 11.00 przed południem, a my – w drogę.

Uzgadniamy z klientem, że następnego dnia po odkryciu brakującej strony będzie miał pismo – tym razem kompletne – u siebie. Przy okazji zastanawiamy się, jak to możliwe, że w magazynie nie było wszystkich kartek. Z czasem okazuje się, że błąd popełnił jeden z pracowników drukarni, który odpowiadał za klejenie gazety – do pomyłki przed nikim się nie przyznał, a pominięte strony – ukrył.

Problemy lubią się mnożyć
Większości ekip udało się odebrać magazyn z sortowni kurierskich i wrócić z materiałami do drukarni. Jedna delegacja miała jednak problem – mimo blokady przesyłek, jeden z kurierów zostawił paczkę z niekompletnymi gazetami w jednym z oddziałów firmy. W tamtejszym sekretariacie nikogo już nie było, dochodziła bowiem 19.00. Trzeba było działać. W porozumieniu z klientem i po długich negocjacjach z ochroną firmy, ekipie z agencji udało się wejść do środka i przejąć paczkę ze źle sklejoną gazetą. Na szczęście paczka była jeszcze nierozpakowana. Delegacja mogła ruszyć w drogę powrotną, kierując się do drukarni. Dotarła tam o 1.00 w nocy. Felerne egzemplarze rozklejono, dołożono brakującą stronę i sklejono na nowo, tym razem poprawnie, ze świeżo wydrukowaną okładką.

Działania w drukarni nie kończyły jednak akcji ratunkowej – trzeba było jeszcze dostarczyć paczkę z pismem do ostatniego oddziału klienta. W rezultacie magazyn trafił w ręce pracowników jeszcze przed firmowym spotkaniem wigilijnym. Uff…

mj






Już jest nowe wydanie Custom News

Michał Wojciechowski od 5 lat koordynuje pracę serwisu Blogi.bossa.pl i dopiero niedawno zorientował się, że pisząc firmowego bloga, nieświadomie wykorzystuje... content marketing. Jakie dobre strony swojego odkrycia dostrzega? – odpowiedź w marcowym wydaniu newslettera Custom News.

Apropos wywiadu z Michałem Wojciechowskim, bliżej przyglądamy się właśnie tej formie dziennikarskiej. Pokazujemy, jak zadawać pytania, aby usłyszeć bardziej rozbudowane odpowiedzi niż TAK i NIE. Zastosowanie naszych rad w praktyce pozwoli nie tylko na zebranie niezbędnych informacji, ale też wzbudzenie w naszym rozmówcy zaufania i uczenie go aktywnym uczestnikiem rozmowy.

Gdy już doprowadzimy do końca akcję rozpracowywania wywiadu, warto zapoznać się z naszą krótką check listą, która pozwoli uniknąć podstawowych błędów w łamaniu pisma. Krótkie lekcje z Custom News powinien zakończyć przegląd nowinek z branży CP. Tak wykonany plan pozwoli wszystkim naszym Czytelnikom zdobyć przydatną wiedzę podaną w lekkiej formie. Przyjemnej wiosennej lektury!
 
OG

Wcześniej wykorzystywano do niej maczety i AK-47, dzisiaj służą jej Facebook i Twitter. Wcześniej byli Marcin Luter King, Włodzimierz Lenin i Kurt Cobain, dzisiaj dokonują jej Mark Zuckerberg i dyrektor ds. marketingu Google’a. Jesteśmy świadkami rewolucji social mediów. Jak powinien zachować się content marketing, by wyjść z tego starcia zwycięsko?


O tym, ile dzisiaj znaczy Internet pokazał wybór człowieka roku, którego od ponad 80 lat dokonuje tygodnik „Time”. W 2006 roku pismo dokonało wyboru abstrakcyjnego, przyznając tytuł „Tobie” („You”). Decyzja „Time’a” była wyróżnieniem dla światowej społeczności internetowej – zwłaszcza projektów Wikipedii, MySpace i YouTube. Tygodnik pokazał tym samym, kto dzisiaj kontroluję erę informacji („You” control the Information Age).

Czy to przypadek, że szczególne wyróżnienie przypadło serwisom tworzonym przez każdego z nas? Zdaniem Piotra Stohnija z ICAN Institute (wydawca „Harvard Bussines Review Polska”) – nie. Jako świadkowie rewolucji mediów społecznościowych powinniśmy zdawać sobie sprawę, jak wiele może zależeć od nas i tworzonego przez nas contentu.

Wirus, który wywołuje „lepki” content
Tocząca się obecnie rewolucja jest jak epidemia. Sukces każdej epidemii społecznej zależy od ludzi, którzy posiadają unikatową wiedzę na dany temat. Występują w roli znawców, przekazując swój content tzw. łącznikom, którzy łączą ludzi z ludźmi, rozprzestrzeniając niepowtarzalny content wytworzony przez znawców. W myśl zasady: Daj ciekawy content, my go rozprzestrzenimy. Potem następuje moment, w który może włączyć się każdy z nas – komentując, odpowiadając, odnosząc się do zaproponowanego contentu, który ma budzić ciekawość i przekonywać nieprzekonanych.




fot.dreamstime.com

Social media wydają się być odpowiednim narzędziem do rozprzestrzeniania ciekawego contentu, bo pozwalają skrócić drogę, jaką treści przebywają od nadawcy do odbiorcy. Mają przy tym dodatkową zaletę – wywołują szybką reakcję i pozwalają na nawiązanie żywej interakcji. Żeby content był skuteczny, trzeba nadać mu jednak odpowiedniej „lepkości”. Jak? Warto pamiętać, że:

  • 60% polubień na Facebooku otrzymują posty krótsze niż na 4 linijki,
  • post żyje 3 godziny,
  • treści uzupełnione emotikonami wzmacniają przekaz – są o 33% częściej udostępniane i komentowane, mają o 57% polubień więcej,
  • największą uwagę użytkowników social mediów skupiają zdjęcia, później są pytania, zmiana statusów, materiały flash i wideo, i wreszcie – linki, z najmniejszą siłą oddziaływania,
  • rozprzestrzeniając content za pomocą social mediów powinniśmy działać w czasie rzeczywistym i inspirować się tym, co dzieje się naprawdę,
  • social media to metoda na szybkie i tanie newsowanie,
  • media społecznościowe – odpowiednio wykorzystywane – są bardzo dobrym sposobem na opanowanie kryzysu w firmie.


 
Informacja szansą dla content marketingu
Spośród 2 miliardów internautów na świecie 70% korzysta z social mediów, 50% po przebudzeniu sprawdza swój ulubiony profil, a 30% ogólnego czasu spędzanego w sieci użytkownicy przeznaczają właśnie na social media. Statystyki robią wrażenie? Robiłyby z pewnością większe, gdyby odsetek internautów wykorzystujących media społecznościowe do tworzenia contentu byłby większy. Dziś jest ich zaledwie 7%, co pokazuje, że potrzeba informacji jest niezrealizowana. To dla wszystkich zajmujących się content marketingiem znak, że w social mediach jest miejsce dla nich i ich „lepkich” treści.


AG
 

Źródło: panel Piotra Stohinja na temat social mediów, Y2B, 19 lutego, Warszawa.