Zapraszamy do czytania

Od grudnia zeszłego roku przygotowujemy dla was „Custom News” – newsletter branży CP i CM. Czy 10. wydanie okaże się strzałem w 10-tkę? Opracowując tematy do tego numeru, staraliśmy się, żeby tak było.


W tradycyjnym poradniku stajemy do biegu po dobrze zorganizowaną komunikację wewnętrzną. Rzucamy wyzwanie: wyobraź sobie, że przychodzisz do firmy, w której czeka mnóstwo zadań do wykonania, a na firmowym koncie wieje chłodem. I proponujemy rozwiązanie: zamiast załamywać ręce, zacznij działać. Dzięki naszym radom staniesz w blokach startowych odpowiednio przygotowany i dzięki równomiernemu rozłożeniu sił, ukończysz komunikacyjny bieg z sukcesem.

 

Nie myśl jednak, że kiedy staniesz się już owianym sławą specem od komunikacji, nie grożą ci sytuacje awaryjne. Trudny, pojawiający się nagle, burzący szpigiel temat typu must be, może przytrafić się nawet najlepszym. Co wtedy zrobić? Jak o czymś skomplikowanym napisać w sposób nieskomplikowany? I na tyle atrakcyjny, by artykuł został przeczytany? Proponujemy przenieść się do krainy wyobraźni, sięgnąć po czarodziejską różdżkę i… zaczynamy redakcyjny seans magii!

Pozostając w krainie wyobraźni proponujemy spojrzeć na Custom Publishing z nowej perspektywy. Magazyny, Internet, social media, mobilne aplikacje – to wszystko jest. Książka – to może być. Dlaczego warto pozycjonować naszą markę w treściach poprzez wydawnictwa książkowe? Szukamy racjonalnych argumentów i zachęcamy do włączenia się w dyskusję.

Na koniec przegląd wydarzeń minionych tygodni i porcja ciekawostek z branży. O Kevinie Spacey, który tłumaczy, na czym polega storytelling. O tym, czy Polacy są gotowi na życie w cyfrowej rzeczywistości. I o tym, jak uczynić markowy fun page jak najbardziej efektywnym.

Brzmi ciekawie? Mamy nadzieję, że 10. wydanie naszego newslettera okaże się strzałem w 10-tkę waszej ciekawości.

Przyjemnej lektury!



 

AG



W biznesie coraz powszechniej stosuje się media społecznościowe. Co ważne, firmy używają ich też w komunikacji wewnętrznej, a nie tylko do celów marketingowych i kontaktów z klientami. Firma RR Communication Consulting postanowiła sprawdzić, co o takim rozwiązaniu sądzi pokolenie Y – generacja ludzi, którzy wchodzą na rynek pracy i codziennie korzystają z social mediów.


Tak zwane Y-greki to pokolenie, dla którego media społecznościowe to codzienność – 83% studentów uczelni wyższych, przebadanych przez RRCC, korzysta z social mediów przynajmniej raz dziennie. Równie dużo, bo 67% ankietowanych stwierdziło, że media społecznościowe pomagają im w wypełnianiu obowiązków – akademickich, a w przypadku tych, którzy pracują również zawodowych. RRCC chciała sprawdzić, jak osoby wchodzące właśnie na rynek pracy wyobrażają sobie korzystanie z mediów społecznościowych w miejscu pracy i czego od tych mediów oczekują. 

Okazuje się, że ponad 80% badanych potwierdziła, że nowoczesna firma powinna wdrażać media społecznościowe, które ułatwiają realizację zadań w pracy. Warto jednak podkreślić, że wśród osób, które legitymują się ponad rocznym doświadczeniem zawodowym, odsetek potwierdzeń nie był już tak duży. Dlaczego? RRCC sugeruje, że wiąże się to z poznaniem realiów firmy, gdzie nie wykorzystuje się w pełni funkcjonalności wdrożonych social mediów. Stąd bardziej krytyczne opinie badanych-pracujących.

Y-greki przebadani przez RRCC, mimo pozytywnych opinii o korzystaniu z mediów społecznościowych w miejscu pracy, widzą też ich zagrożenia. Ze stwierdzeniem, że social media mogą prowadzić do marnowania czasu w pracy zgodziło się 45% studentów. Jeszcze więcej – 70% - potwierdziło, że mogliby pracować w firmie, która blokuje pracownikom możliwość dostępu do mediów społecznościowych w miejscu pracy.

 

Źródło: Dreamstime.com
 
RRCC wyróżniła też kilka prawidłowości, jeśli chodzi o sposoby wykorzystywania mediów społecznościowych. Wygląda na to, że osoby, dla których istotne są relacje z pracownikami za najważniejsze w pracy uznają zdobywanie wiedzy. To każe przypuszczać, że osoby z tej grupy nie postrzegają mediów społecznościowych jako pomocnych do nawiązywania dobrych relacji, ale jako narzędzie do wykonywania zadań. Autorzy badania zauważyli też, że do zdobywania wiedzy social media wykorzystują najczęściej ci, dla których istotna jest stabilność zatrudnienia. Z kolei ci, którzy cenią sobie wysokie wynagrodzenie sięgają po social media najczęściej w celu rozwiązywania problemów.
 
Firma RRCC przeprowadziła badanie na grupie prawie 630 studentów uczelni wyższych (m.in. Uniwersytetu Wrocławskiego, Uniwersytetu Jagiellońskiego, SWPS). Badanie miało formę ankiety papierowej dystrybuowanej bezpośrednio wśród studentów. Przeprowadzono je na przełomie maja i czerwca 2013 roku.

 

 

AG

 

Własne pismo firmowe to już nie tylko domena dużych firm. Z Content Marketingu korzystają coraz mniejsze podmioty. I robią to całkiem nieźle.


W ręce wpadło mi ostatnio wydawnictwo „Econom Class”. Niewielkie, zaledwie cztery strony. A na nich informacje o nowo otwieranym sklepie w Łodzi, modzie, trendach. Jakież było moje zdziwienie, gdy na stronie trzeciej doczytałem, że sprawa dotyczy sklepu z odzieżą używaną, który właśnie wkracza na rynek. Oprócz informacji o sklepie w publikacji znalazły się również ciekawostki na temat zdrowia, opalenizny, trendów w modzie, a nawet krzyżówka z nagrodą i malowanka dla dzieci. Nie zabrakło nawet przepisów kulinarnych na tani obiad. Wszystko zgodnie z zasadą, że ma być ekonomicznie – co jest dewizą sklepu.
 

Po początkowym szoku poznawczym, już tak na chłodno, można powiedzieć: brawo. Zamiast drukować stertę ulotek, które fruwałyby gdzieś po ulicach i krzyczeć, że tanio, postanowiono zaangażować klienta. Zrobić coś więcej, przekazując jednocześnie wszystkie potrzebne informacje. Sposób ich podania, a także wygląd pisma, zbliżony do lokalnych tygodników, daje gwarancję dotarcia do oczekiwanej grupy.  Dystrybucja także zadziałała prawidłowo – z pismem spotykałem się i w biurowcach, i w okolicznych spożywczakach.

Z zainteresowaniem będę śledził, czy to jednorazowy strzał, czy pojawią się kolejne wydania. A przykład ten polecam do wzięcia pod uwagę wielu mniejszym firmom, które myślą, że własne wydawnictwo, nawet małe, jest nie dla nich.

 


MJ

Prosta decyzja o zrobieniu generalnych porządków. Efekt? Utknięcie w stercie gazet sprzed tygodni. Argument, że nie mogłam dokończyć sprzątania, bo zaczytałam się w tekście o ubocznych skutkach życia on-line, brzmi chyba przekonująco?

Skutecznie porzuciłam zapał do usuwania nadmiaru kurzu i niepotrzebnej makulatury z mieszkania na rzecz Lindy Stone. To konsultantka i badaczka relacji ludzi i nowych technologii, które opisywała dla „New York Timesa”, „The Economist” i „Harvard Business Review”. W latach 80. i 90. Stone prowadziła pionierskie prace nad rozwojem multimediów i aplikacji społecznościowych – najpierw w Apple’u, później w Microsofcie. W wywiadzie dla „Polityki” z lipca (nr 30/2013, s. 82-83) Linda Stone wyjaśniała, czym jest stan permanentnego rozproszenia (continous partial attention). Bierze się on z chęci nieustannego bycia w wirtualnym ruchu. „Samo pragnienie bycia żywą, aktywną jednostką sieci wydaje się zrozumiałe. Lubimy pozostawać w ruchu, nawet jeśli poruszamy się tylko po rzeczywistości wirtualnej. Lubimy też kontakt z innymi ludźmi. Chcemy mieć znaczenie. Chcemy orientować się w sytuacji” – tłumaczyła Stone na łamach „Polityki”. Jak zauważyła, problem pojawia się, „gdy w stanie tego permanentnego czuwania przebywamy… permanentnie”
„Utrzymywanie gotowości bojowej staje się wówczas podstawowym sposobem funkcjonowania. System nerwowy nieustannie zachowuje czujność. Nastawienie takie określamy terminem fight-or-flight i ma ono skutki fizyczne podobne do tych powodowanych przez chroniczny stres. Tracimy odporność, zaburzona zostaje praca wątroby, pojawiają się problemy z trawieniem i płodnością. Oddech się spłyca (…) Dolegliwościom fizycznym towarzyszy wyczerpanie psychiczne. Mamy wrażenie przytłoczenia i niespełnienia. To paradoksalne, ale im bardziej stajemy się dostępni, tym bardziej się od innych oddalamy. A coraz potężniejsze technologie wzmagają w nas tylko poczucie bezsilności” – wyliczała Stone w wywiadzie dla „Polityki” uboczne skutki ciągłego zalogowania w sieci. Czy to znaczy, że bycie on-line czyni nas nieszczęśliwymi?
Coś jest na rzeczy. Mówiła już o tym Linda Stone w kontekście Facebooka. Sama badaczka rozwoju aplikacji społecznościowych z portalu wymyślonego przez Zuckerberga nie korzysta, ale przyznaje, że rozumie jego urok. Jej zdaniem internautów przyciąga w FB wrażenie utrzymywania stałego kontaktu z mnóstwem osób – bez konieczności podnoszenia słuchawki, wysyłania maili czy bezpośrednich spotkań. Jednak na przestrzeni ostatnich dwóch dekad użytkownicy sieci stali się znacznie bardziej świadomi chronicznej dekoncentracji, która towarzyszy życiu w wirtualnej rzeczywistości i od stanu hurraoptymizmu sprzed kilku lat przeszli do poczucia, że woleliby nie przebywać permanentnie w stanie on-line, że gdy czują taką potrzebę, chcą się na jakiś czas wyłączyć.


 Źródło: Dreamstime.com

Wywiad ze Stone o czymś mi przypomniał. Jej obserwacje pokrywają się z przeprowadzonymi na Uniwersytecie Michigan badaniami, o których niedawno czytałam. Naukowcy z USA wysnuli z nich prosty wniosek: im więcej korzystamy z Facebooka, tym bardziej jesteśmy nieszczęśliwi. Osoby biorące udział w badaniu pytano, ile czasu poświęcają na korzystanie z FB i jak to korzystanie wpływa na ich samopoczucie. Dla porównania pytano też o samopoczucie wywoływane przez tradycyjne interakcje – bezpośrednie spotkania czy rozmowy telefoniczne. Okazało się, że ta druga forma kontaktu z innymi wpływały na respondentów pozytywnie, w przeciwieństwie do FB. Jak wynikało z odpowiedzi badanych, im więcej czasu spędzali na Facebooku, tym gorszy był ich nastrój. Wyniki ogłoszone przez naukowców z Michigan wywołały głosy, że złe samopoczucie internautów może wynikać z przeglądania dużej ilości zdjęć, które znajomi publikują na FB i na których wyglądają na szczęśliwych, zadowolonych z życia. Frustracja powstaje, bo przeglądający zdjęcia nie wiodą tak ciekawego i barwnego życia.
Po zapoznaniu się z wynikami badań naukowców z Michigan, naszła mnie smutna refleksja. Zastanowiło mnie, czy w erze szalejących nowych technologii i Internetu, który młodemu pokoleniu wyznacza rytm życia, dzisiejsze dwudziestolatki i młodsi będą pokoleniem ludzi nieszczęśliwych? Ludzi, których bycie on-line uzależni od ciągłego przebywania w sieci, niszcząc ich psychikę i organy wewnętrzne? Stone w wywiadzie dla „Polityki” wspomniała, że wśród informatyków w Dolinie Krzemowej panuje podczas spotkań w kawiarni czy pubie zwyczaj wykładania telefonów na środek stołu – który z nich nie wytrzyma i sięgnie po komórkę, płaci za wszystkich. Ciekawe, czy młodzi, korzystający z Facebooka i innych wynalazków ery cyfrowej, będą woleli najeść się i napić za free, czy być na nieustannym stand by’u, ze źle strawionym posiłkiem i lżejszym portfelem…




AG




dla kobiety w ciąży oznaczałoby to czas rozwiązania. Dla nas dziewiąte wydanie newslettera „Custom News” to kolejny płodny – tekstowo i graficznie – miesiąc. Co tym razem dla was przygotowaliśmy?


W sierpniu sięgnęliśmy po pędzel i farbę. A także po firany, półki i obrazy. Postawiliśmy też dodatkowe ścianki działowe. I w ten sposób powstało zupełnie nowe wnętrze... magazynu firmowego. Bo dekorować można, a nawet trzeba, nie tylko pokoje. Firmowe pismo to doskonała powierzchnia dla customowych designerów i redaktorów. W naszym tradycyjnym poradniku pokazujemy, z jakich narzędzi skorzystać, by rozbić blachy tekstu i uatrakcyjnić nasze artykuły. Tak, by nie tylko czytelniej wyglądały, ale by były też bardziej zrozumiałe i zachęcały do lektury całego tekstu, a nie tylko samych apli, ramek i wyimków.

Dziewiąty „Custom News” przystawia ucho do lasu i nasłuchuje, o czym szumi. Leśne szpalty okazały się wielkim zwycięzcą tegorocznego konkursu SPF, dlatego zapytaliśmy Mariusza Turczyka, Dyrektora Centrum Informacji Lasów Państwowych, jak z sukcesem tworzyć content, który wzbudzi zainteresowanie. „Wypracowaliśmy wiarygodność. Na taki odbiór pracowaliśmy przez lata” – tłumaczy nasz rozmówca. Jak Lasy Państwowe zbudowały wiarygodną markę swoich wydawnictw? Zachęcamy do przeczytania wywiadu.




                                          CUSTOM NEWS NR 9 - PRZECZYTAJ!



Brak pomysłu na grafikę do tekstu? Bazy ze stockami przewertowane i zero efektu? Czas goni, a w głowie pustka? Może warto sięgnąć po ołówek i zilustrować artykuł za pomocą kreski? Rysunek w magazynie firmowym zawsze „ciągnie” tekst, dodaje mu prestiżu. Przydaje się też bardzo przy opracowywaniu materiałów wdrożeniowych, towarzyszących zmianom w firmie. I właśnie o tym, dlaczego warto wykorzystywać kreskę w magazynach, piszemy na łamach „CN”.

Na zakończenie tradycyjny przegląd branży. Tym razem słów kilka na temat kierunku komunikacji, w jakim powinny pójść polskie uniwersytety, by na linii uczelnia – student nie powstały niepotrzebne szumy. Poza tym o granicy, jaką Joe Pulizzi, twórca CMI, postawił między content marketingiem, a nawet najbardziej zręczną reklamą oraz o internetowym szaleństwie wywołanym przez narodziny Royal Baby.

Brzmi ciekawie? Warto sprawdzić i dowiedzieć się więcej.
Życzymy przyjemnej lektury!




AG



 

Nadmorska miejscowość. Urlop. Czas odpoczynku od pracy i od customu. Pierwszy wniosek? Custom jest wszechobecny i uciec się od niego już nie da.


Ośrodek wczasowy, a w nim stolik. Na stoliku prasa. I ta wykładana przez personel ośrodka, i ta, którą goście zostawiają, gdy już przeczytają daną gazetę i przychodzą po coś, co zostawili inni urlopowicze. W gąszczu rozmaitych tytułów znanych na co dzień z kiosku, wcale nie trudno było wyłowić magazyny firmowe. Kilku marek i to w sporej ilości egzemplarzy. Raczej nie trafiły tam w ramach zamierzonego działania, a zostały podrzucone przez gości ośrodka. I wcale nie  przegrywały czytelniczego pojedynku w starciu z tradycyjnymi gazetami.

Codzienna obserwacja stolika prasowego doprowadziła mnie do wniosku, że custom był w ruchu, czytany przez wielu urlopowiczów. Poszczególne wydania były zabierane ze stolika, po czym później na niego wracały, by kolejne osoby mogły po nie sięgnąć. To ponowny, namacalny dowód na to, że custom publishing  coraz wyraźniej zaznacza swoją obecność w naszym codziennym życiu.
 

fot.dreamstime.com


Również na plaży, wśród koców, parawanów i parasoli można było wyłowić osoby zaczytane w customowych magazynach.  Zresztą plaża wydaje się dobrym miejscem dla zaistnienia wielu tytułów. Stwarza ku temu dobre warunki – mamy czas na czytanie, właściwe bardzo dużo czasu. I lektura interesującego pisma to bardzo dobre dopełnienie dla koca, parawanu i zimnych napoi. Dlatego może redaktorzy magazynów, które trafiają do szerokiej grupy docelowej pomyślą o przyszłorocznych wydaniach specjalnych dystrybuowanych właśnie na plaży?

 

 

MJ

Dwóch zawodowych dinozaurów, całe życie w sprzedaży. Mylą sieć z siatką. Decydują się na „umysłowe igrzyska śmierci”. „Stażyści” Shawna Levy’ego to z jednej strony przewidywalna historia z kilkoma naprawdę zabawnymi scenami, a z drugiej – pokazanie, jak wygląda praca w gigantycznym światowym przedsiębiorstwie IT. I jego dwugodzinna reklama.



Dawna skuteczność sprzedażowa Billy’ego (Vince Vaughn) i Nicka (Owen Wilson), w dobie rozwoju Internetu, spada. Zwolnieni z pracy szukają ratunku w wyszukiwarce Google, która podsuwa im pomysł na rozwiązanie zawodowego problemu. Jaki? Staż w… Google’u. Faceci po czterdziestce, zupełnie niezaznajomieni z siecią, stają w szranki z najlepszymi studentami nauk ścisłych z USA. Są zdeterminowani, żeby z nooglerów stać się googlerami. Przekonują się, że dla osiągnięcia sukcesu niezbędne jest działanie zespołowe, dowiadują się co to Instagram, sprawdzają się w roli doradców call center, którzy udzielają pomocy przy rozwiązywaniu problemów ze znaną na całym świecie wyszukiwarką internetową. Ostatecznie, co jest do przewidzenia od początku, oni i ich drużyna okazują się najlepsi. Ze stażystów stają się pełnoprawnymi pracownikami Google’a.


                                 Źródło: YT


A praca w Google’u, jak wynika z filmu Levy’ego, to raj na ziemi. Główni bohaterowie właśnie tak nazywają główną siedzibę firmy w Kalifornii. Bo gdy pracujesz w Google’u: pomagasz innym i ułatwiasz im życie (główna misja), masz darmowy dostęp do nieograniczonego cateringu, relaksujesz się w strefie ciszy, odświeżasz myśli jeżdżąc rowerem po terenie firmowego kampusu, twoimi współpracownikami są ludzie atrakcyjni i intelektualnie, i fizycznie. Swobodny klimat pracy i niestandardowe przywileje dla pracowników – najlepszych, wybranych w drodze energochłonnej rekrutacji – taki jest Google.

W jaki sposób ogłosić to światu, jak wysłać globalne przesłanie o wyjątkowości Google’a? Film Levy’ego zdaje się rozwiązywać potencjalny dylemat twórców wyszukiwarki, serwisów reklamowych, poczty e-mail czy serwisów z mapami. I to największy zarzut, jaki przed „Stażystami” stawiają i profesjonalni krytycy, i przeciętni widzowie. Ich niezadowolenie dobrze katalizują filmowe fora internetowe. Dzięki publikowaniu swoich komentarzy, internauci tworzą globalną recenzję. Pokazując, jak potężnym narzędziem w ich rękach jest dzisiaj Internet. A więc wszystko gra, bo przecież o tym jest film Levy’ego.




AG