Zapraszamy do czytania

Branża komunikacyjna wymaga od zaangażowanych w nią osób niewyczerpanej kreatywności. Natłok obowiązków, nakładające się projekty, nieustanny deadline sprawiają, że często trudno o dobre pomysły. Istnieją sposoby, by stymulować nasze głowy do efektywnego myślenia.


W grudniu media donosiły o śmierci 24-letniej Mity Diran, zatrudnionej w indonezyjskiej filii agencji reklamowej Young&Rubicam. Mita napisała na Twitterze, że pracuje od 30 godzin, a to jeszcze nie koniec. Niedługo potem zmarła, zdaniem lekarzy – z przepracowania. Dziewczyna często informowała na swoim Tt, że pracuje minimum po 12 godzin, łącznie z weekendami. Piła dużo napojów energetycznych – to właśnie one mogły przyczynić się do jej śmierci. Mita dostała zawału serca, zapadła po nim w śpiączkę i już się nie obudziła.

Przykład 24-letniej copywriterki skłania do refleksji na efektywnością pracy w branży reklamowej, komunikacyjnej, marketingowej, PR. Ilość spędzonych w pracy godzin nie gwarantuje wcale eksplozji kreatywności. Pomysłowość rodzi się w inspirującej atmosferze, a nie w obozie pracy pod szyldem znanej marki. Pomaga ją wyzwalać również stosowanie się do listy 29 zasad, które pozwalają na utrzymywanie trybu „stay creative”.


Najważniejsze zalecenia z listy:
  • stwórz listę zadań;
  • zawsze miej przy sobie coś, na czym będziesz mógł zanotować świtającą w głowie myśl;
  • bądź otwarty – na nowe pomysły, nowych ludzi, nowe wyzwania;
  • poddawaj się krytyce, proś o opinię na temat twoich planów;
  • działaj w grupie, wykazuj umiejętność współpracy;
  • ucz się na błędach;
  • przeglądaj często słownik;
  • czerp z pracy przyjemność, baw się tworząc coś;
  • doprowadzaj projekty do końca.




 29 sposobów na bycie kreatywnym wg The Web Pitch, źródło: YT






Na Nowy Rok MediateQa życzy wszystkim Czytelnikom naszego bloga głów pełnych pomysłów i niekończących się pokładów kreatywności!


AG




W zeszłym tygodniu na blogu zastanawialiśmy się, w którym kierunku pójdą w 2014 roku media społecznościowe. Odnośnie do Twittera, odpowiadam: jego obserwowanie to dziś marketingowa konieczność.


Kilka dni temu na blogu Ola wróżyła z social fusów. Próbowała, przeglądając branżowe dyskusje, określić kierunek, w którym będą zmierzać media społecznościowe w Nowym Roku. Jednym z wątków tych rozważań był Twitter, a właściwe jego dość mocna krytyka, m.in. ze strony Konrada Piaseckiego, dziennikarza RMF FM i TVN24, który szerzej opisał zjawisko Tt w ostatnim wydaniu magazynu „Press”. Dlatego dziś chciałem, byśmy na ten mikroblog spojrzeli z innej strony.

Na początek trochę prywaty i własnych obserwacji. Piszę to z pozycji osoby, która osobiście nie korzysta z Facebooka, ale zaczepiła się jakiś czas temu na Twitterze. Może nie bije tam rekordów aktywności, ale widzi w Tt wiele zalet. Jak w każdym narzędziu komunikacji, tak i w tym przypadku, toczą się dysputy na wyższym i niższym poziomie, ale odnośnie do Twittera zdecydowanie przeważają te drugie. Dokładam trzy słowa ze swojej strony. Do której kategorii trafią? Ocenicie sami.

Oczywiście, jak pisze w „Pressie” Piasecki, każdy z nas tworzy swojego własnego Tt, ale ogólny przegląd dyskusji nieobserwowanych użytkowników pokazuje, że z jakością nie jest tu najgorzej. Jasne, używanie w rozmowach argumentów personalnych czy doklejanie sobie „etykietek” ma tutaj miejsce, ale świadczy to tylko o jednym – jak trudnym narzędziem jest Twitter. Niewielka ilość znaków (140) to mało i dużo, często za mało by odpowiedzieć innemu tweetującemu. Brak umiejętności odnalezienia się w takiej formule prowadzi drogą na skróty, ścieżką wzajemnego obrzucania się sieciowym błotem.

Z drugiej strony Twitter jest narzędziem dla wytrwałych, zorganizowanych i systematycznych. Historię, którą sprzedajemy na Tt, musimy opowiadać w swoim, ale regularnym tempie – tylko tak będziemy zdobywać obserwujących. Jednak jeszcze nie do końca jasny, jak zauważa wiele osób analizujących zjawisko Twittera, rozwój tego mikrobloga powoduje, że mało jest na nim typowych akcji marketingowych i promocyjnych. Osobiście uważam, że zamiast wysyłać tonę komunikatów prasowych czy robić konferencje, które i tak już mało kto zarządza, lepiej zainwestować w dobrze prowadzony firmowy profil (profil rzecznika). Pod warunkiem, że nie będziemy spamować, wysyłać bzdur, trafimy do osób naprawdę zainteresowanych tematem. Podobne rozwiązanie możemy zaproponować prezesom, którzy aktywnie uczestniczą w debatach w swojej specjalizacji.


Twitter, i to moim zdaniem jest jego największą zaletą, skraca dystans. Natychmiastowo wchodzimy „do środka”, mamy wpływ na to, jak „pomieszczenie” wygląda. Dziś, gdy na wszystko brakuje czasu, a tym bardziej na czytanie wielostronicowych analiz, 140 twitterowych znaków może być naszą ogromną szansą. Oczywiście nie do każdych działań Twitter będzie się nadawał (choćby ze względu na zasięg), ale to moim zdaniem jest też jego zaletą. To nie są wyścigi z Facebookiem, to zupełnie inna kategoria. Prywatnie chciałbym, by Tt był jeszcze bardziej niszowy. Ale obserwuję też, jak zaczynają się udawać rożne akcje marketingowe prowadzone za pomocą tego narzędzia. Jak firmom udaje się wciągnąć internautów w zabawę pod wspólnym hashtagiem. Dlatego obserwowanie Twittera to dziś marketingowa konieczność, podobnie jak korzystanie z tego, co Tt oferuje.


MJ




To już drugie święta podczas których możemy Wam życzyć wszystkiego dobrego. Od całego zespołu MediateQi, który tworzy mediafirmowe.pl wszystkiego co najlepsze…

U progu Nowego Roku rusza zawsze machina podsumowań tego, co działo się w ciągu ostatnich miesięcy. Równocześnie startuje giełda pomysłów, co przyniosą kolejne. No właśnie, co przyniosą w social media?


Analiza zachowań ludzi w internecie pozwala przypuszczać, że niewiele się zmieni. Dr Jan Zając, właściciel Sotrendera, mówił na jednym z ostatnich Czwartków Social Media, że większość budżetów reklamowych nadal będzie zorientowana na Facebooka. „Duże firmy, zwłaszcza usługowe, będą w większym stopniu wykorzystywać kanały społecznościowe w obsłudze klienta, przykładając coraz większą wagę do udzielania odpowiedzi i rozwiązywania problemów użytkowników” – uważa Zając. Teza ta potwierdza, że SM (nie tylko Facebook, ale i np. blogi korporacyjne), to dobry kanał do budowania relacji z odbiorcami marki. Pomagają w utrzymywaniu żywej interakcji, angażowaniu odbiorców do włączania się w dyskusje (kreowanie ich na liderów opinii) oraz w gaszeniu firmowych pożarów. Świadomie korzystając z social media, w razie nieporozumień na linii brand-klient, żółć katalizuje się w jednym kanale i nie rozlewa na całą sieć. Łatwiej wtedy o szybsze i okupione mniejszym rozlewem krwi rozwiązania.


Źródło: Dreamstime.com


Jan Zając w tym samym wystąpieniu przekonywał, że trudno dzisiaj o jasną prognozę dla rozwoju Twittera. Powód? „W Polsce zyskał trochę gębę środowiska polityków, dziennikarzy i nastoletnich miłośniczek talentu Justina Biebera” – twierdzi twórca Sotrendera. Jego opinia odsyła mnie do grudniowego „Pressa”, gdzie Konrad Piasecki (RMF FM) analizuje Twittera pod kątem jego domniemanego upodabniania się do FB. Piaseckiemu daleko o stwierdzenia, że Tt się Facebookizuje, banalizuje, że zaczynają rządzić nim modne zdjęcia zamiast rzeczowych debat i ciekawych linków. Zdaniem dziennikarza nie ma w ogóle czegoś takiego jak Twitter, są raczej Twittery – każdy z użytkowników tego mikrobloga tworzy swój własny Tt. Możliwość skomponowania indywidualnej listy obserwowanych osób pozwala na zbudowanie swojego własnego e-świata, który może być wartościowy, bogaty w mocne tezy, informacje z życia publicznego, pozbawiony nowinek o Justinie Bieberze i grupie One Direction (wskazania Piaseckiego).

Ale na tym wyliczanie zalet Tt się kończy, dziegieć zastępuje miód. Konrad Piasecki tłumaczy w grudniowym wydaniu magazynu „Press”, że możliwość selekcjonowania obserwowanych zdarzeń, to pewne zamykanie się na inne przekazy, tworzenie zamkniętej grupy, gdzie zaczynają dominować albo tylko poważne, albo tylko „justinowe” wątki. Z czasem przychodzi coraz większe zmęczenie, a „dyskusje” na Twietterze sprowadzają się nie do rzeczowych argumentów, a do wzajemnego wytykania błędów ortograficznych. Poza tym, jak zauważa Piasecki, w Polsce Tt raczej bywa niż jest poważnym narzędziem w rękach np. dziennikarzy. Ci, którzy oglądali serial „The Newsroom” wiedzą, jak dużą rolę Tt odgrywał w redakcji wiadomości wieczornych dowodzonych przez Willa, Mac i Charliego. Wierni fani „Newsroomu” pamiętają Neala, który za pomocą Twittera, idąc po nitce do kłębka, potrafił namierzyć ważne, i często jedyne, źródło informacji. Nasz rodzimy Tt rzadko bywa wykorzystywany do dziennikarskich śledztw – ubolewa Piasecki.


Pytanie tylko, czy Twitter – mikroblog, który może prowadzić każdy z nas – użytkowników sieci, to naprawdę wiarygodne źródło informacji? Wadą i zaletą internetu jest jego otwartość, ogólna dostępność, pełen egalitaryzm. Każdy może tworzyć treści i zamieszczać je w sieci. Tylko pozostanie w stanie wzmożonej czujności i nie usypianie zdrowego rozsądku pozwoli na refleksję, że jakaś twitterowa nowina to może wcale nie hot news, a fake news...





AG

Dokładnie rok temu zaczęliśmy wydawać „Custom News” – newsletter o prasie firmowej i Content Marketingu. Nasza pierwsza rocznica zbiega się z końcem 2013 roku, dlatego w ramach prezentu urodzinowo-gwiazdkowego oddajemy w ręce czytelników świąteczny numer „CN”, z dużą ilością podsumowań. Mamy nadzieję, że w ciągu ostatnich miesięcy dostarczyliśmy Wam wielu powodów, by z podobną energią podsumować naszą publikację.


Świąteczne wydanie „Custom News” to przede wszystkim szeroki przegląd wydarzeń w Custom Publishingu i Content Marketingu z ostatnich ponad 300 dni. Przeanalizowaliśmy na spokojnie, co się wydarzyło i przedstawiamy ciekawy – treściowo i graficznie – raport z branży. Podzieliśmy go na trzy główne kategorie: prasę firmową, CM i social media. Chcieliśmy, żeby przyjrzenie się najważniejszym faktom, wypowiedziom, liczbom i trendom stało się pretekstem do zastanowienia nad kształtem rynku komunikacji firmowej w przyszłym roku.

Pogrążeni w przedświątecznych refleksjach nad mijającym rokiem, stawiamy w „CN” również pytanie o to, czy to odpowiedni czas na modyfikowanie firmowych pism. Przyjęło się, że grudzień/styczeń równa się zmianom. Wychodząc naprzeciw takiemu założeniu, wyliczamy jego wady i zalety. Prowokujemy do przemyślenia, czy natłok spraw związanych z zamknięciem roku, planowaniem budżetu i zadań na nadchodzące miesiące, może pomóc w dodaniu naszym wydawnictwom nowej mocy, czy będzie raczej chaotyczną sztuką dla sztuki.
 
 

W grudniowym numerze nie zapominamy, że specjalista od komunikacji też człowiek, i jak każdy z nas zasłużył na prezent. By nie zmuszać św. Mikołaja do zbyt długiego główkowania nad odpowiednim upominkiem, podpowiadamy, co może znaleźć się pod choinką media menadżera, by sprawić mu przyjemność. A przy okazji połączyć sferę zawodową z życiem prywatnym.

Tradycyjnie dokonujemy też comiesięcznego przeglądu branży. Grudzień przyniósł przepis na skuteczny mailing za pomocą CM i pokazał, które schematy myślowe szkodzą marketingowi budowanemu w oparciu o treści. Ostatni miesiąc zaprosił też do Pozytywnie Informującego Tramwaju i do kiosku po bezpłatny egzemplarz… prasy firmowej. Czyżbyśmy stali u progu rewolucji?

W pierwsze urodziny naszego newslettera nie chcemy rozliczać się sami ze sobą. Z każdym kolejnym wydaniem „CN” staraliśmy się oddawać w ręce czytelników porcję przydatnych w codziennej pracy porad, dzielić się własnym know how i doświadczeniami zdobytymi w czasie dotychczasowej pracy nad firmowymi wydawnictwami. Mamy nadzieję, że produkowany przez nas content budził ciekawość i angażował. Na tyle, by za rok, w podobnym lub szerszym gronie, świętować nasze kolejne urodziny i rozliczać się z kolejnym rokiem pełnym zdarzeń, które chętnie podsumujemy.



Życzymy radości z naszego prezentu – niech się czyta!





AG

Gdy jakiś czas temu pisaliśmy o umieraniu mediów tradycyjnych i coraz mocniejszej pozycji mediów firmowych, w niektórych środowiskach brzmiało to jak wołanie na pustyni. Dziś sytuacja diametralnie się zmieniła.

Rewolucja, jakiej byliśmy w ostatnim czasie naocznymi świadkami, polegająca na zrozumieniu przez firmy, że by docierać ze swoimi komunikatami nie potrzeba już przekaźnika, wkroczyła w decydującą fazę. Lekceważone do tej pory własne wydawnictwa firmowe, nazywane „gazetkami”, pogardliwie traktowane przez ludzi mediów jako produkt niskiej jakości, budzą dzisiaj strach. Coraz więcej osób związanych z tradycyjnymi środkami masowego przekazu dostrzega w prasie firmowej zagrożenie. Firmy, które stworzyły własne kanały komunikacji (prasę, newslettery, sieci społecznościowe) świetnie docierają ze swoim komunikatem do odbiorców, coraz mniej budżetów przekazując na promocję w mediach tradycyjnych. W związku z tym łamie się ich dotychczasowy model biznesowy.



Źródło: Dreamstime.com
 

W tym tygodniu w portalu TOK FM pojawił się interesujący wywiad z Wojciechem Orlińskim, znanym dziennikarzem „Gazety Wyborczej”. Jako jeden z niewielu przedstawicieli środowiska, Orliński zwraca uwagę na coraz większą rolę mediów firmowych. Jak mówi: „Można wymyślić synergię, w której szacowny tygodnik z dorobkiem będzie dopełnieniem Empiku. Zamiast mieć gazetkę Empiku, będzie miał Empik Powszechny, Przekrój Empiku czy Empik Wprost. Bardzo ładne tytuły można wymyślić. Ale to za chwilę będzie rzeczywistość”. Orliński zwraca także uwagę na procesy, jakie zachodzą na świecie: „Zakup Washington Post sugeruje, że kiedy będą chcieli wykreować bestseller w Amazonie, w gazecie ukaże się gigantyczny wywiad z autorem. To będzie bardziej wyszukana, ale gazetka Amazona. Tak jak gazetka Tesco jest najbardziej popularnym czasopismem w Wielkiej Brytanii”.

Nie do końca mogę się zgodzić z Orlińskim w jego diagnozie. Mam wątpliwość co do kwestii przejmowania przez firmy brandów dzisiejszych wydawnictw. Wynika to pewnie z faktu nie do końca dostrzeganej jeszcze siły procesu, który postępuje. Media firmowe od dłuższego czasu same pracują na swój brand. Firmy inwestujące w treści wiedzą, że tylko one pozwalają przetrwać w czasach zasypywania odbiorców komunikatami. Dlatego za kilka lat nie będzie zainteresowania przejmowaniem brandów medialnych (może z małymi wyjątkami). Gdyby media firmowe miałyby się rozwijać w taki sposób, to już by się tak działo. Jak słusznie zauważa Orliński, zakup tytułu na polskim rynku to kwestia kilku milionów złotych, dla wielu firm taki wydatek nie stanowi problemu.

Media firmowe pójdą swoją drogą, a ich rozwój będzie nabierał rozpędu. Bo w porównaniu z innymi krajami mamy jeszcze w obszarze Custom Publishingu sporo do nadrobienia. Ale zmiany widać już dzisiaj. Na przykład? Wprowadzenie do dystrybucji w tradycyjnych punktach kolporterskich pisma drogerii Rossman „Skarb”. A to dopiero początek, ciąg dalszy zmian nastąpi z pewnością w Nowym Roku.




MJ


 

Czy nie można połączyć magazynu wewnętrznego i zewnętrznego w jeden projekt? Jeżeli zadalibyśmy to pytanie księgowej albo dyrektorowi finansowemu, pewnie od razu przyklasnęliby temu pomysłowi. Ale czy to naprawdę realne rozwiązanie? Spróbujmy na spokojnie poszukać odpowiedzi.


Pytanie o możliwość połączenia magazynu wewnętrznego z zewnętrznym zadaję nie bez przyczyny. Ostatnio uczestniczyłem w kilku spotkaniach i rozmowach, których meritum sprowadzało się właśnie do zaprezentowanego w leadzie pomysłu. Część z tych sytuacji była przypadkowa i wynikała pewnie z braku przekonania, co do tego, co dana instytucja czy firma chce robić w obszarze komunikacji. Ale część była celowa i prowokowała do poszukiwania rozwiązań z gatunku „2 w 1”, takiego „wash&go” – parodiując znany szampon z lat 90.

Koncepcja takiego wydawniczego mixu sprowadza się do założenia, by robić pismo z pracownikami, by to oni wypełniali je treścią, a jednocześnie, by udostępniać wewnętrzną gazetę odbiorcom zewnętrznym – klientom, partnerom biznesowym. W większości magazynów firmowych nie drukuje się wiedzy tajemnej i „wypłynięcie” na zewnątrz publikowanych w nich artykułów raczej nie spowodowałoby katastrofy. Problem jest jednak bardziej złożony, warto przyjrzeć się pomysłowi „2 w 1” szerzej.

By nie wchodzić zbyt głęboko w funkcje obu wydawnictw, spróbujmy przenieść nasz problem na półkę mediów tradycyjnych. Pisma dla pracowników to specyficzna odmiana prasy lokalnej. By były czytane i prawidłowo odgrywały swoją rolę, muszą się jak najgłębiej wgryzać tematycznie w naszą społeczność – i tu pojawia się pierwszy problem. Odbiorca zewnętrzny nie będzie pewnie zainteresowany ani wszystkimi procesami, jakie zachodzą w firmie, ani sprawami pracowniczymi opisywanymi w magazynie.
 


fot.dreamstime.com
 
Jeżeli mieszkasz w Katowicach, to pewnie nie zostaniesz wiernym czytelnikiem tygodnika lokalnego z Kołobrzegu. Może z ciekawości przejrzysz gazetę, ale to wszystko. Próby rozmiękczania treści dla pracowników, podawania ich w uogólnionej formie będą powodowały, że w rezultacie oni sami przestaną interesować się wydawnictwem, której do tej pory tworzyli, które było im dedykowane. Duża ilość materiałów o produktach i usługach, pojawiające się na każdej szpalcie porady będą działać drażniąco na target wewnętrznego magazynu. Większość pracowników doskonale te informacje zna i magazyn robiony w ten sposób uzna za nudny bełkot.

Trzymając się starego prawidła, które mówi, że jak coś jest dla wszystkich, to jest dla nikogo, widzimy, że pomysł godzenia dwóch odrębnych ról w jednym piśmie jest niewykonalny. Pojawia się jednak małe „ale” – część treści przygotowywanych dla pracowników i klientów może się pokrywać. I z pewnymi zmianami możemy je publikować i wewnątrz, i na zewnątrz. W wydawnictwie zewnętrznym raczej chętnie napiszemy o akcjach, w jakich biorą udział nasi pracownicy, a oni w swoim piśmie chętnie o tym przeczytają. Trochę więc ten ogień i woda ze sobą współgrają. Trochę.
MJ