Zapraszamy do czytania

Tabletowa ekspansja na rynek trwa. W tym roku w Polsce mogą do rąk konsumentów trafić 2 miliony tych urządzeń.

Na koniec ubiegłego tygodnia firma IDC opublikowała raport, w którym przedstawia dotychczasową sprzedaż tabletów, a także prognozy na kolejne kwartały. W pierwszym kwartale tego roku sprzedano ponad 375 tys. tabletów.  To ponad cztery razy więcej niż takim samym okresie roku ubiegłego. Zdaniem analityków IDC przez cały rok 2013 nabywców może znaleźć ok. 1,8 mln tabletów. Te dane pokazują, iż tabletowa rewolucja w naszym kraju rozwija się coraz intensywniej.  Oczywiście nasycenie tymi urządzeniami nie jest jeszcze tak duże, by tylko za pomocą nich budować szeroki zasięg. Ale w wybranych grupach te urządzenia już dziś się sprawdzają.

Motywem rozwoju rynku tabletów jest spadająca cena urządzeń. Oprócz topowych produktów Apple i Samsunga na rynku jest coraz więcej produktów z ceną poniżej 1000 zł. Są one coraz bardziej rozwinięte technicznie. Warto także przypomnieć, iż w ubiegłym roku do sprzedaży tablety wprowadziły sieci hipermarketów. Tam urządzenia w promocjach można było nabyć za ok 300-400 zł.  Jednak polskim królem sprzedaży jest Samsung. Jak wynika z analiz IDC, sprzedał on ponad 100 000 swoich urządzeń w pierwszym kwartale.

Cały czas otwarta zostaje kwestia funkcjonalności tych urządzeń oraz jak będą z nich korzystać konsumenci. O możliwościach, jakie dają tablety custom publishingowi, pisaliśmy tutaj.

„Wychodząc naprzeciw medialnej rewolucji proponujemy CUSTOM NEWS – newsletter branży CP” – pisaliśmy w zapowiedzi do pierwszego wydania naszego newslettera. Nie zdążyliśmy się obejrzeć, a w ręce czytelników trafia już szósty numer! Zachęcamy do lektury nowego „Custom News” w dniu jego pierwszego, połówkowego jubileuszu.


Wszystkim, którzy zamierzają powołać do życia nowe wydawnictwo polecamy nasz tradycyjny poradnik. Tym razem poświęcamy w nim miejsce na praktyczne podejście do etapu planowania pisma. A w zasadzie do robienia planu planu, projektu do projektu. To podstawa udanej realizacji firmowego wydawnictwa, dlatego żeby cały proces przebiegł sprawnie, warto odpowiedzieć sobie na kilka kluczowych pytań. Po co? Z kim? Jak? Za co? Rozwiązanie tych zagadek na wstępie pomoże nam osiągnąć sukces na finiszu prac nad magazynem. Kiedy zadowoleni z siebie będziemy przeglądać kolejne wydania biuletynu firmowego.  
 
 

Nasze zadowolenie będzie tym większe, im więcej redaktorów uda nam się zwerbować spośród pracowników do redakcji firmowego pisma. Są wyjątkowo oporni? Bronią się rękoma i długopisami przed postawieniem choćby przecinka w naszej gazecie? Jest sposób, aby przełamać ich opór. Dajmy im swobodę działania, po prostu. Nie rzucajmy ich od razu na głębokie wody poważnych artykułów, wywiadów, analiz. Zacznijmy spokojnie, z dużą dozą wolności. Felieton i komentarz wydają się być dobrymi tekstami na rozpoczęcie redakcyjnej kariery. Dlaczego? Wyjaśnienie na stronach „Custom News”.

Świętując swój pierwszy, mały jubileusz, postanowiliśmy też wejść w skórę osoby, która dopiero zaczyna swoją przygodę z branżą i może gubić się w gąszczu customowych definicji. Proponujemy podręczny alfabet prasy firmowej, który pozwoli zrozumieć, dlaczego konwergencja mediów wymusza tworzenie interaktywnych, lepkich, zoptymalizowanych treści

W numerze nie zabraknie też tradycyjnego przeglądu branży – co się wydarzyło, kto co powiedział, co się zmienia? – odpowiedzi w naszym newsletterze. W dniu jego pierwszego, połówkowego jubileuszu, życzymy sobie, aby każde kolejne wydanie budziło w naszych czytelnikach jeszcze większą ciekawość i przynosiło im coraz więcej praktycznej wiedzy.

Niech się spełnia… Przyjemnej lektury!

Już kilka razy zastanawialiśmy się na naszym blogu, czy ekspansja nowych mediów i rozwój prasy cyfrowej uśmierci tradycyjny druk. Specjalne wydanie magazynu „Press” poświęcone „Sile prasy” dostarcza kolejnych argumentów na rzecz papieru.


Już we wstępniaku do „Siły Prasy” Adam Wojdyło, prezes Polskich Badań Czytelnictwa, przedstawia kilka faktów, które pokazują, że drukowane wydania gazet nie są i nie będą w odwrocie:

1. potęguje się chaos informacyjny, czytelnicy walcząc z ilością stawiają na jakość, a tę gwarantuje prasa (dowód: intensywne eksploatowanie treści prasowych przez inne media);

2. serwisy internetowe tytułów prasowych dlatego przyciągają wielotysięczne rzesze użytkowników, że marki gazet wypracowały sobie odpowiednią wiarygodność, produkując treści godne zainteresowania;

3. siła dobrej narracji narodziła się w druku i stamtąd przenosi się np. na blogi;

4. media workerzy, którzy muszą w dzisiejszych czasach pisać do gazet, na smartfony, do witryn WWW, robić zdjęcia czy nagrywać videowywiady, warsztat dobrego dziennikarstwa wynoszą przeważnie z redakcji prasowych;

5. w ostatnim czasie w Polsce powstaje wiele tytułów opinii, a to znaczy, że czytelnicy szukają informacji i dobrej publicystyki przede wszystkim w druku (istnieje tytuł cyfrowy, który spotkałby się w czasie debiutu z takim odzewem, jak premiery papierowe?);

6. gazety i magazyny jak żadne inne medium dopasowują swoje treści i formę przekazu do sprecyzowanej grupy docelowej, z jej przyzwyczajeniami i sposobem funkcjonowania na co dzień – Internet na tym tle jawi się raczej jako kolaż, w którym każdy znajdzie „coś” dla siebie;

7. w Polsce wciąż dominują zwolennicy papieru, który swoim zasięgiem obejmuje 90% populacji w wieku 15 – 75 lat.

 
fot.dreamstime.com
 

Na jednej z ostatnich stron „Siły prasy” trafiam na wabiący tytuł „Content is king”. Jako że słowo „content” działa – z racji branży – magnetycznie, biorę się za lekturę. I czego się dowiaduję? Że statystyczny Polak czyta cztery tytuły prasowe, a co dziesiąty – ponad dziesięć pism i średnio po trzy wydania każdego z nich. Że społeczeństwo przestaje być jednorodne i każdy szuka najlepiej dopasowanych do siebie treści. Że sieć jest pełnoprawnym uzupełnieniem tego, co wydawcy robią w druku. Że prasa może uczyć, iż za atrakcyjne i wartościowe treści – również w Internecie – trzeba płacić. Argumenty na rzecz papieru uzupełnia fakt, że drukowane gazety cieszą się wciąż dużym zaufaniem odbiorców, są wiarygodne, zawierają wartościowy kontent, który coraz częściej można w interesujący sposób łączyć z reklamami. Mało? „Press” w swoim specjalnym dodatku podaje jeszcze jeden argument na rzecz papieru: „nie zasięg i budowanie szerokiego dotarcia ma w przypadku tytułów branżowych, niszowych znaczenie, lecz pewność, że trafią do określonej i zainteresowanej danym tematem grupy odbiorców”.

Był początek, był koniec, a co ze środkiem? Środek „Siły prasy” to teksty, które pokazują, jak tworzy się dzisiaj silne prasowe marki, które czerpiąc z papieru przenoszą się na inne platformy. Wśród nich warto zwrócić na pewno uwagę na teksty „Brand jak instytucja” o potędze lokalnej prasy oraz „Gwarancja j@kości” na temat wiarygodności, jaką marki prasowe zapewniają internetowym treściom.


OG

Źródło: „Siła prasy” – dodatek specjalny do najnowszego wydania miesięcznika „Press” (05/’13)

„Raport Blogerzy w Polsce 2013 powinien przeczytać każdy, kto rozważa włączenie blogerów do planowanych działań marketingowych (…) Niewłaściwy dobór blogera do planowanych treści może odnieść skutki odwrotne do zamierzonych” – przekonuje w raporcie na temat polskiej blogosfery Andrzej Garapich, Prezes Zarządu Polskich Badań Internetu. A aktywni blogerzy znad Wisły wyliczają wady przeprowadzonego badania.


Autorzy raportu – dr Anna Miotk (Newspoint) i dr Tomasz Baran (UW, GG Network SA) – podkreślają we wstępie do raportu pn. „Blogerzy w Polsce 2013”, że dzięki dynamicznemu rozwojowi nowych technologii, zwłaszcza Internetu, każdy z nas może stać się dzisiaj publicystą i dzielić się z całym światem swoimi przemyśleniami, opiniami, komentarzami. Tak zmieniająca się rzeczywistość zmusza do zastanowienia się nad rolą, jaką w nowych realiach odgrywają blogerzy. „Niegdyś poczytni pionierzy nowego stylu i liderzy opinii. Ciągle o nich słyszymy. Ale czy naprawdę wiemy kim są? Czy ich znamy? Czy nadal znajdują czytelników? Jak są postrzegani?” – to tylko nieliczne z pytań, które skłoniły dr Miotk i dr. Barana do przygotowania raportu na temat polskiej blogosfery.

Badanie polskiej blogosfery przeprowadzono w lutym tego roku na ogólnopolskim panelu Ariadna. Próba badawcza, dobrana ze względu na wiek, płeć, wykształcenie, miejsce zamieszkania i korzystanie z wiodących serwisów internetowych, objęła użytkowników sieci od 15 roku życia wzwyż. W sumie przebadano prawie 1000 osób. Ankietowani odpowiadali m.in., czy znają określenie bloger, którzy blogerzy są im znani choćby ze słyszenia, jak często czytają blogi internetowe, czy blogi są dla nich ważnym źródłem informacji oraz czy lektura blogów kiedykolwiek wpłynęła na ich decyzję o kupieniu lub niekupieniu jakiegoś produktu czy usługi. Okazało się, że zdecydowana większość internautów wie, kim są blogerzy. Połowa ankietowanych czyta blogi przynajmniej raz w miesiącu, a dla co czwartego użytkownika sieci blogi są ważnym źródłem informacji. Poza tym 30-40% internautów, sugerując się wpisami na blogach, zmieniła swoją decyzję zakupową. Badanie przeprowadzone przez dr Annę Miotk i dr. Tomasza Barana pozwoliło autorom na wysnucie wniosku, że blogosfera ma swoich lojalnych zwolenników, którzy stanowią dużą i wpływową społeczność, o którą należy się troszczyć oraz że świat blogów to opiniotwórcze medium z aktywną i zaangażowaną publicznością, które powinno znaleźć się w polu zainteresowań marketerów.
 
 

Najwięcej emocji wywołały jednak wyniki związane z pytaniem o najbardziej znanych blogerów. Okazało się, że ankietowani wymieniali najczęściej nazwiska celebrytów, którzy mają ugruntowaną pozycję w realnym świecie. Na szczycie zestawienia znalazła się Martyna Wojciechowska, a za nią Anna Mucha, Maja Sablewska i Kasia Tusk. Podobnie było w przypadku badania poczytności polskich blogów – internauci znów wskazywali najczęściej na blogi celebrytów, znowu to popularność w realu przełożyła się wirtualne notowania.

Tak zestawione wyniki wywołały lawinę komentarzy w środowisku blogerskim, głos w sprawie zabrali znani i czytani blogerzy, którzy w lutowym badaniu wypadli dość blado na tle blogerów-celebrytów. Mimo tego, że ich blogi stanowią mocniejsze ogniwa w polskiej blogosferze. Słynna Kataryna napisała na Twitterze, że badanie Miotk i Barana to „ściema”. Wtórowała jej Natalia Hatalska (Hatalska.com), która zwróciła uwagę, że uwzględnieni w raporcie celebryci blogerami są dopiero w drugiej kolejności. Wątpliwości co do jakości badania polskiej blogosfery zgłosił też Kominek, przez wielu uważany za blogową ikonę w kraju. „Jeśli w raporcie blogiem regularnie czytanym jest aktualizowana raz na rok strona Martyny Wojciechowskiej albo blogi osób, które piszą raz na kilka miesięcy i nie mają na swoim koncie więcej niż trzech-czterech tekstów, to nie potrzebujemy kolejnych dowodów, by przypisać te badania do kategorii fantastyka – tłumaczył Kominek.

Tomasz Baran, współautor badania, odpowiadając na krytykę i dyskusję wokół rankingu najpopularniejszych polskich blogerów, stwierdził, że prawdziwy bloger to ten, którego rozpoznawalność znajduje odzwierciedlenie w czytelnictwie. „Ale to też może wydawać się kontrowersyjne, bo wtedy na przykład Kominka musielibyśmy uznać za celebrytę, a nie za blogera, ponieważ tylko 26% spośród deklarujących jego znajomość jednocześnie twierdzi, że czyta go regularnie. Bardzo podobnie wypada Martyna Wojciechowska: 34% znających ją twierdzi, że również regularnie odwiedza jej bloga. A skoro jest tu miejsce dla Kominka, to dlaczego ma go zabraknąć dla Wojciechowskiej? – pyta dr Baran.

Pewne są dwie rzeczy. Po pierwsze, że autorzy raportu Blogerzy w Polsce 2013, pisząc we wstępie o „pewnych bardziej i mniej pożądanych pozycjach w rankingu, które mogą budzić emocje i prowokować do komentarzy”, nie rzucili słów na wiatr i wprawili w ruch machinę dyskusji nad polską blogosferą. Zmusili aktywnych użytkowników sieci do zredefiniowania pojęcia bloger i określenia ich roli w wirtualnej przestrzeni. I wskazania przy okazji na nieścisłości w sposobie badania blogo-środowiska, co może przydać się przy okazji kolejnych analiz. Po drugie, warto zwrócić uwagę na argument Natalii Hatalskiej, która przekonywała (w kontekście dużej popularności bloga Martyny Wojciechowskiej), że często siła marki i potęga konkretnego nazwiska może zaciemniać wyniki znajomości danej osoby w określonym kontekście. Jak słusznie zauważyła blogerka, dochodzi do „fałszowania wyników wielkością marki”.

 

AG



Źródło:
 






Właśnie ukazał się kolejny numer naszego newslettera poświęconego branży Custom Publishing. Zachęcamy wszystkich do lektury i sprawdzenia, czy piątym wydaniem zasłużyliśmy sobie na 5-tkę.


 
Jesteśmy świadkami rewolucji social mediów. Jak powinien zachować się content marketing, by wyjść z tego starcia zwycięsko? – zastanawialiśmy się jakiś czas temu na naszym firmowym blogu. W „Custom News” postanowiliśmy zgłębić temat. Pytamy Piotra Stohnija – autora jednej z największych inicjatyw polskiego Facebooka („Dzień bez Smoleńska), aktywnego blogera, twórcę strategii obecności w mediach społecznościowych – jak firmy powinny korzystać z siły social mediów, by odnieść komunikacyjny sukces.

 
W kwietniu penetrujemy branżę na dwa sposoby. Po pierwsze – na poziomie pism wewnętrznych. W tradycyjnym poradniku piszemy, jak podejść do kwestii badań naszych firmowych wydawnictw. Traktujemy nasz biuletyn jak pacjenta i krok po kroku przeprowadzamy go przez badanie RTG. Tak, by nie bolało. Po drugie – patrzymy na branżę jako całość. I co widzimy? Kocioł, w którym wrze od nazw określających to, czym się zajmujemy. Namnożyliśmy sobie definicji, a nasi klienci wypatrują oczy, gdy przedstawiamy im się jako ludzie z branży CP albo CM. Jak sobie poradzić z tym galimatiasem? Staramy się posprzątać bałagan z nazewnictwem.

Tradycyjnie też przytaczamy kilka wydarzeń minionego miesiąca, ważnych dla branży. Piszemy m.in. o połączeniu sił Dominika Kaznowskiego z SPF, reporcie PEW na temat trendów w amerykańskich mediach oraz o urodzinach Twittera.
 
Brzmi ciekawie? Przekonajcie się sami, czytając nowe wydanie „Custom News”. Przyjemnej lektury!

OG

Co z tą prasą drukowaną – przetrwa, umrze, jaką powinna przybrać formę? Giełda pomysłów na rynku medialnym od dawna kipi od spekulacji. Miesięcznik „Press” prezentuje w kwietniowym numerze przykłady dwóch rozwiązań wydawniczych i sprawdza, czy bardziej pomagają, czy szkodzą tradycyjnym gazetom.


Na pierwszy ogień – niemieckie dzienniki lokalne. Króluje w nich zasada „online first” – najpierw sieć, później druk. Dziennikarze „Ruhr Nachrichten” idąc na konferencję prasową zabierają ze sobą nie tylko notatnik reportera, ale też aparat fotograficzny i kamerę video. Mają przede wszystkim przygotować materiał do Internetu, dopiero później piszą tekst do wydania papierowego. Artykuły, które trafiają do sieci są przeważnie krótsze, dlatego ich uzupełnienie stanowią teksty drukowane – z większą ilością szczegółów, bardziej analityczne, zawierające więcej opinii i komentarzy. Ale mechanizm działa też w drugą stronę – jeśli jakiś materiał nie zmieścił się na kolumnie „w papierze”, czytelnicy mogą szukać jego kontynuacji na stronie WWW, często w postaci infografiki, tabel czy fragmentów korespondencji. Podobnie jest z innymi niemieckimi dziennikami lokalnymi, np. „Badische Zeitung” w przededniu wydania papierowego wpuszcza do sieci ok. 40 materiałów, w tym tematów ekskluzywnych. Gazeta rozumie, że czytelnicy oczekują od niej aktualności. A zasada „online first” nie zaczyna się i nie kończy w Niemczech wyłącznie na poziomie gazet lokalnych. Stosuje ją także popularny „Die Welt”.

Po drugie – prasa kolorowa i magazyny amerykańskiego Hearst’a (wydawcy m.in. „Cosmopolitan”), który jako pierwszy zdecydował się na nową propozycję Apple’a „Read them here first”. Dzięki specjalnej aplikacji czytelnikom będzie udostępniane najpierw wydanie na tablety, które dopiero później w drukowanej postaci trafi do kiosków. Wcześniej na ten ruch zdecydowały się „Time” i „Bloomberg Businessweek”. Do tego Hearst od dłuższego czasu przyzwyczaja swoich odbiorców do płacenia za treści w sieci. Z powodzeniem, bo dzisiaj koncern ma ok. 900 tys. prenumeratorów elektronicznych wydań na tablety.

I choć drugi z zaprezentowanych przez „Press” przykładów mógłby sugerować inaczej, zarówno rozwiązania niemieckich dzienników lokalnych, jak i praktyka amerykańskich wydawców wcale nie muszą zagrażać tradycyjnej prasie. Zasada „online” first” może stanowić praktyczną symbiozę Internetu z drukiem – krótkie informacje w sieci wzbogacane będą treścią „w papierze” , albo obszerniejsze artykuły „w papierze” z dodatkowymi aplami pojawią się na stronie WWW. Z kolei tablety wcale nie muszą być skierowane ostrzem w pisma drukowane, przynajmniej w przypadku kolorowych magazynów. Tematy w nich prezentowane nie ulegają tak szybkiej dezaktualizacji, jak w przypadku dzienników. Dlatego czytelnikom może wystarczać cierpliwości, żeby kupić gazetę w kiosku, zamiast płacić wcześniej za jej mobilną wersję.



AG

Od kilkunastu dni sieć wrze. Zdenerwowani klienci łączących się platform cyfra plus i n nie zostawiają suchej nitki na ofercie, jak i sposobie jej komunikowania.


Oczywiście nie będę się zajmował samą ofertą, która jest pokręcona i dla klientów w większości droższa niż wcześniej. Być może zasadnie ale tego klientom nie wytłumaczono. Spektakl, który obserwujemy od kilku dni, staje się niesamowitym casem. Będzie on na pewno pokazywany na wszelakich szkoleniach, a studenci wszelkich kierunków komunikacyjnych będą go mieli prezentowanego w cyklu „jak nie robić”. Również branża komunikacyjna nie szczędzi krytyki działaniom platformy. Lecą już głowy w nc+, wykonywane są nerwowe ruchy. Można powiedzieć za sloganem reklamowym, iż mamy do czynienia z kryzysem do potęgi n.
Ja, obserwując tę sytuację, momentami przecieram oczy i mam wrażenie, że nie dzieje się to naprawdę. To niemożliwe przy takich markach oraz agencjach je wspierających. Słowa prezesa o klientach, którzy nie rozumieją oferty, wydają mi się nierealne. Ale jednak padły... Nie chcę kopać leżącego. Ani dokładnie rozkładać tego na czynniki pierwsze. Wtopa jest na wszystkich polach komunikacyjnych i jest to kolejny przykład, jak na butę i arogancję marki odpowiada dziś social life. Równie mocno i precyzyjnie mówi nie i zachęca do tego samego innych zagubionych klientów.
Jeden wątek tej sprawy jednak zajmuje mnie mocno. Dlaczego, do powiedzenia klientom co ich czeka, nie wykorzystano kanałów, które są. Do tego niewiele kosztują i pozwalają precyzyjnie informować. Takie puszczanie nicniemówiącego spota w tv jest znakiem, że ma się potencjał i wspaniałą strategię :). Platformy mają przecież newslettery. Znają maile, numery telefonów abonentów, o adresach tradycyjnych nie wspominając. To pozwalało na stworzenie własnej linii kontaktu. Tego pierwszego najważniejszego. I gdyby to zadziałało, zdezorientowani klienci nie szukali by odpowiedzi na nurtujące ich pytania w sieci. Albo daremnie dzwoniąc na infolinie.
Czy w dzień połączenia i pokazania nowych cen nie należało wysłać krótkiego esa:
Powstała platforma nc+. To ważne wydarzenie. Informujemy, iż wszystkie wcześniejsze umowy są ważne, a o sposobie migracji będziemy informować indywidualnie w najbliższym czasie.
Dlaczego nie wyjaśniono i uspokojono klientów w newsletterach, które w tych dniach przychodziły do abonentów. Słano propozycje z programu. A nie wyjaśniono co się dzieje. Wklejono w to promosa o połączeniu i tyle. Ale tak jak dla części zorientowanych osób nowa oferta i ceny były szokujące, to pewnie część klientów w ogóle nie wiedziała o tym. A gdy dowiadywała się, to już od rozgoryczonych internautów. Jednak kilka dni po starcie platformy, wywróciły do góry nogami listy programów wszystkim abonentom. Bez słowa uprzedzenia. I mniej zorientowane osoby dostawały szoku widząc rano, iż zamiast TVP1 mają na jedynce TVN. I pomieszane swoje ulubione programy. Informacja o tym została wysłana mailami do klientów kilka dni później. Tak mógłbym to mnożyć. Ale nie o to chodzi. Platformy cyfrowe słynęły kiedyś z robienia dobrych mediów własnych dla klientów. A one tutaj mogły bardzo pomóc. Trzeba było tylko z tego skorzystać.
A teraz mleko się rozlało. I na razie nie widać żadnego pomysłu jak z tego wyjść. A świadomi klienci wypowiedzenia już ślą. Ich śladem idą inni. Właściwie słanie wypowiedzeń zaczyna być w sieci trendy.

PS. Wszystkim czytelnikom bloga składamy życzenia wesołych, spokojnych i bezkryzysowych świąt

mj